Od 6 lat nie żyje moja mama, od 3 miesięcy nie ma z nami już mojego taty. Nie jestem psychologiem aby czuć się upoważniona do tego, by poprowadzić cię za rękę i krok po kroku przygotować na każdy kolejny etap żałoby, który niestety ciebie czeka. Mam jednak spore doświadczenie w przechodzeniu przez żałobę, ponieważ pierwszą stratę bliskiej osoby doświadczyłam w wieku 8 lat, kiedy zmarła moja ukochana babcia. Żałoba przychodzi falami. Nie da się przygotować na jej „ciosy”, zmienne nastroje i wszystkie emocje, z którymi przyjdzie nam się zmierzyć.

Kult nieśmiertelności, będziesz wiecznie młody

Obecna kultura nie sprzyja przeżywaniu żałoby z kilku powodów. Z jednej strony nasze społeczeństwo staje się coraz bardziej „otwarte”. Spotykam się nawet z określeniami, że jesteśmy społeczeństwem ekshibicjonistów, którzy w internecie dzielą się każdym kawałkiem swojego życia, nawet najbardziej intymnym. Z drugiej strony taka postawa powoduje, że wśród naszych bliskich nie ma miejsca na złe emocje. Ludzie mają dość swoich problemów, nie mają ochoty słuchać o tym co jest złe, trudne i dołujące, a śmierć bliskiej osoby jest właśnie taką rzeczą.  Mój blog od samego początku był i zawsze będzie miejscem w sieci, na którym nie ma czegoś takiego jak tabu, trudny czy niewygodny temat. W dalszym ciągu brak w ludziach świadomości oraz empatii wobec osób pozostających w żałobie. Zdaję sobie sprawę, że to wszystko nie jest proste. Wpływa na to nasza osobowość, czas w którym jesteśmy w żałobie, oraz oczywiście indywidualne doświadczenia i to w jaki sposób doświadczamy straty bliskiej osoby.

jak przejść żałobę

Kim naprawdę jesteś i ile zostało ci  życia?

Śmierć kogoś kogo kochaliśmy, kogoś kto był nam bliski, zawsze powoduje w nas nieodwracalne zmiany. W chwili gdy dowiadujemy się o naszej stracie, w naszej osobowości pojawia się „niewidzialna blizna”, o której istnieniu już nigdy nie zapomnimy. Bardzo często śmierć osoby z naszego otoczenia powoduje szereg nieprzewidywanych zmian w naszym życiu. Te zmiany mogą być irracjonalne lub przeciwnie, bardzo świadome. Żałoba to cholernie trudny czas dla naszej psychiki. W tym okresie możemy zdecydować się na impulsywne, zupełnie niepodobne do nas zachowania, których być może będziemy później żałować. Szerzej o tym mechanizmie polecam nie poczytać, ale obejrzeć w filmie polskiej reżyserki Małgorzaty Szumowskiej w „33 sceny z życia”.

33 sceny z życia Szumowskiej

Reżyserka w mistrzowski sposób przeniosła na ekran wszystkie emocje, które wyzwala w nas śmierć bliskiej osoby. O tym czy Szumowska korzystała ze swojego doświadczenia nie będę się wypowiadała, dlatego że w wywiadach zaznaczyła, że celem filmu było przełamanie tabu i zapełnienie luki na temat oswajania ludzi ze śmiercią. Śmierć w ujęciu reżyserki nie jest niczym pięknym ani metaforycznym. Jej film obnaża fizyczny aspekt umieralnia, z całą jej brzydotą i kresem fizyczności. Pamiętam, gdy oglądałam ten film pierwszy raz. To było bardzo długo przed śmiercią mojej mamy. Pamiętam, że emocje głównej bohaterki (30 letniej Julii zmagającej się z utratą rodziców, w krótkim odstępie czasowym) wydały mi się dziwnie znajome. Okazało się, że we wrześniu 2012 roku namacalnie wręcz poczułam jak to jest, gdy umiera ci matka. Nagle, bez ostrzeżeń, po prostu znika na zawsze.

Śmierć mamy, to tak jakbym sama umarła
i urodziła się na nowo

Z perspektywy czasu uważam, że śmierć mojej mamy oraz poród mojej pierwszej córki, to dwie najbardziej traumatyczne rzeczy, których w niespełna 30-letnim życiu doświadczyłam. Ciekawe zestawienie, prawda? Na jednej szali umieściłam bezpowrotną stratę matki i narodzenie dziecka, cudu, który nie przestanie mnie nigdy zachwycać. Abyście dobrze mnie zrozumieli, obydwa te doświadczenia do tej pory wywarły na mnie większy wpływ i dokonały we mnie ogromnych zmian. Teraz nie będę mówiła o tym, czy te zmiany były dobre, czy też złe, ale wiem jedno – zmieniły mnie diametralnie. Gdy umierała moja mama, byłam przy tym. Wbiegłam do domu i ją reanimowałam do przyjazdu karetki. Potem, gdy zmienili mnie ratownicy medyczni, trzymałam do końca kroplówkę z solą fizjologiczną. Widziałam jak używają defibratora. Obserwowałam jak linia serca nie drgnie nawet przez ułamek sekundy. Z każdą kolejną minutą uświadamiałam sobie, że to nie sen, nie film, że to wszystko dzieje się naprawdę.

Wybiegłam z mieszkania na czwartym piętrze
i zwymiotowałam

Najgorsze słowa, które usłyszałam w życiu? „15:07 czas zgonu. Zatrzymanie krążenia.” Pamiętam, że w tym czasie do domu wbiegł mój najstarszy brat, przejął ode mnie kroplówkę i zaczął płakać. A ja? Ja po prostu musiałam stamtąd wyjść, teraz, natychmiast, jak najszybciej. Zbiegłam z mieszkania na czwartym piętrze i zwymiotowałam. Wiedziałam, że to już koniec. Że ten koszmar to nie sen i wszystko wydarzyło się naprawdę. Nie chciałam być przy tym jak pracownicy domu pogrzebowego zabierali jej ciało z domu. Nie chciałam w ogóle już nigdy tam wracać. Wiedziałam, że wszystko się skończyło, a teraz jedyne co musze zrobić to zająć się organizacją pogrzebu i znaleźć mamie ładną sukienkę do trumny…

O śmierci taty dowiedziałam się przypadkiem

Tydzień do Wielkanocy, marzec tego roku. Na komórkę dzwoni jakiś obcy numer. Jestem w kuchni z córkami i kolorujemy farbami drewniane ozdoby na święta. Kręcę instastories, robię zdjęcia i zachwycam się tym czasem. Uwielbiam robić wszelkie plastyczne rzeczy z moimi dziewczynami, kocham to totalnie. Nagle odbieram telefon i słyszę szlochająca ciotkę, siostrę mojego ojca. Jestem skołowana, ale wytężam słuch i słyszę, że informuje mnie o tym, że ktoś z rodziny umarł. Automatycznie robi mi się smutno i składam jej kondolencje. Po chwili dociera do mnie, że to jest telefon zawiadamiający mnie o śmierci mojego ojca, a nie wujka, jak pomyślałam w pierwszej chwili. Cała zaczynam się trząść i wybucham niepohamowanym płaczem. Jestem mi cholernie smutno, dusze się, łzy nie pozwalają mi swobodnie oddychać. Czuję na sobie lepkie rączki moich córeczek.