Nie jestem wielką fanką gali oscarowej, a tym bardziej nominacji i nagród przyznawanych przez akademię filmową. Jednak w tym roku gorąco kibicowałam filmowi “Whiplash” by został uhonorowany złotą statuetką. Znacie to uczucie, kiedy przez ponad półtorej godziny seansu siedzicie wbici w kinowy w fotel z rozdziawioną buzią na maksa? Tak właśnie było ze mną, gdy dzięki uprzejmości magazynu KMAG razem z mężem udałam się na pokaz przedpremierowy tego filmu. Nieskromnie dodam, ze seans było mi dane oglądać w wybitnym gronie mężczyzn, czyli mojego ukochanego i znanego krytyka filmowego Tomasza Raczka.
Od czego zacząć?

Ale dosyć przechwałek. Film jest tak dobry pod każdym względem, że trudno mi się zdecydować od czego zacząć wychwalanie. Fabuła mogłaby wydawać się banalna. Ile razy wałkowano już na dużym ekranie o relacji uczeń-mistrz? Wiem, setki razy, ale w “Whiplash” stosunki między nauczycielem prestiżowej szkoły muzycznej a jednym z jego podopiecznych nie przypominają tych do których przywykliśmy. Jak za pomocą historii o ambitnym muzyku i jego belfrze zbudować emocje rodem z sali treningowej sportowca? Reżyser “Whiplash” Damien Chazelle doskonale sobie poradził i stworzył arcydzieło, które mimo ograniczonych środków budżetowych, braku znanych nazwisk i wielkiej promocji wciąga od pierwszej i trzyma w napięciu do ostatniej minuty.
To nie jest kolejny nudny film z muzyką w tle

Jeśli do tej pory filmy o muzykach wydawały ci się nudne, a jazz wywoływał w tobie odruch wymiotny musisz obejrzeć “Whiplash”. Jeśli lubisz historie o niemożliwym, o tym jak najsłabszy z najsłabszych osiąga chwałę, musisz obejrzeć  w końcu ten film. Jeśli brakuje ci motywacji do tego, by zrobić coś ze swoim życiem, zmienić je i osiągnąć w końcu sukces koniecznie wybierz się na “Whiplash” – ten film uskrzydla.
Rewelacyjna muzyka, piękne zdjęcia, oraz wspaniała gra aktorska, to wszystko gwarantuje ponad 100 minut seansu kinowego z “Whiplash”. Po obejrzeniu tego filmu twoje zdanie na temat szkoły muzycznej na pewno ulegnie zmianie. Jeśli lubisz historie, w których pojawia się pot, krew, łzy i spora dawka zwrotów akcji koniecznie pędź do kina.

Trochę prywaty

Ten kto mnie zna mnie osobiście doskonale zrozumie moje przesłanie, kiedy powiem, że po wyjściu z kina miałam ochotę zadzwonić do mojego trenera i powiedzieć mu, że właśnie ktoś sobie z niego zadrwił i zrobił o nim biograficzny film. Tak moi drodzy, absolutnie rewelacyjny J.K. Simmons aktor w roli Fletchera nauczyciela-kata do złudzenie przypomina mojego mentora trenera judo Jarosława. Do tego wszystkiego obydwaj mają podobną aparycję (są łysi) i stosują te same techniki rodem z wojska radzieckiego i naprawdę poddają morderczym próbom swoich uczniów.

Ciut o fabule

Główny bohater Andrew (w tej roli urzekający Miles Teller) imponuje swoim podejściem, niezłomnością i ambicją w byciu najlepszym. Gorzka szkoła życia. Film o tym, co w naszej egzystencji najistotniejsze: o walce z samym sobą, o codziennym przekraczaniu swoich granic możliwości. Zamiast czytać kwejki, demoty i ze łzami w oczach śledzić po raz kolejny pseudopsychologiczne porady Ewy Chodakowskiej rusz tyłek i obejrzyj “Whiplash”, który pobudzi twój umysł, pomoże otworzyć oczy i zmotywuje ciebie do zmian na lepsze.

*********
„I’d rather die drunk, broke at 34 and have people at a dinner table talk about me than live to be rich and sober at 90 and nobody remembered who I was.”
– cytat z filmu “Whiplash”