Ale mi się nie chcę. Jestem zmęczona, zakręcona, niewyspana i jakaś taka w niedoczasie. Sama jestem ciekawa jak to będzie zrecenzować coś na tzw. “głodniaka” – tylko, że tym razem umysłowego. W poniedziałek byłam na seansie filmowym z Kinie Praha. Nie będzie to nic odkrywczego, jeśli powiem że znów wygrałam bilety – trzeci raz w tym roku, tak żeby was trochę podenerwować, a raczej zmotywować do grania w konkursach. Jak to zrobić, by wygrywać opowiedziałam tutaj.

Kino awangardowe

“Swobodne opadanie” w reżyserii György Pálfi to nie jest film dla każdego, ale historia jest tak niebanalna, że koniecznie dotrwaj do końca recenzji. Wybrałam się do kina, zdając sobie sprawę, że to będzie kino alternatywne, wymagające, w końcu ambitne (europejskie) i nowatorskie. Nie pomyliłam się, nie zawiodłam, ale za to mocno zdumiałam. Dlaczego? Po pierwsze film trwa tylko 80 minut, a ma moc jakbyś w fotelu spędził przynajmniej kilka dni… Poczucie zatracenia i kontaktu z filmową rzeczywistością jest tak namacalne, że momentami można się zatracić, albo odlecieć, w jakiś dziwny, plastyczny, nieco odrealniony wymiar.

Nie dla psa kiełbasa

Nie dla każdego odbiorcy to produkcja. Znacie moje podejście – mówić o kulturze w sposób na tyle prosty, żeby Mietek odciągnięty od pługu zakumał, co tam się działo i żeby go jeszcze zainteresowało. Taka moja misja, także tym razem nie będę się wygłupiała pisząc, że kino awangardowe jest tylko dla “wyższych jednostek”, “intelektualistów” i “artystów”, nie. Nie o to chodzi, ale “Swobodnie opadanie” jest dla ludzi wrażliwych i z wyobraźnią. By zrozumieć konstrukcję filmu trzeba na chwilkę zapomnieć o tym, co nas otacza. Należy wyjść poza ramy, by dostrzec niebanalną formę, ciekawa fabułę i co najważniejsze, spójną, humorystyczną i ironiczną całość podaną na bardzo wysublimowanym tle.

Sztuka głupcze

No to jeszcze zanim zacznę mówić o samym filmie to zaznaczę, że wiele osób zaczęło masowo opuszczać kino. Oburzenie, zniesmaczenie, a może obraza podstawowych wartości? Nie, nic takiego nie miało miejsca. Etyka nie naruszona, prawa i równości zachowane, humor w ironiczny sposób dawkowany. W takim razie o co chodzi? O to, że idzie się masowo “na darmochę” nie czytając chociażby opisu z Filmweba, a potem zawód – że to film nie dla mnie: bo nie rozumiem, nie chcę zrozumieć, bo w kinie każą myśleć, a ja chciałem odpocząć i mieć rozrywkę w stylu kolejnej dennej polskiej komedii z ostatnich lat. No niestety, ale takie “berety” wychodzą z seansu bo nie widzą co dobre.

7 historii na każdy dzień tygodnia

Fabuła filmu dotyczy siedmiu odrębnych historii, mieszkańców poszczególnych pięter kamiennicy, która łączy gruba, stara węgierska baba i ta właśnie baba jest początkiem, przecinkiem, kropką i znakiem zapytania całej historii. Pierwsza scena filmu przedstawia ową bohaterkę skaczącą z dachu bloku, w którym mieszka – jak to w surrealistycznym świecie bywa, kobieta żyje i ma się dobrze. Jej swobodne spadanie w dół jest przezabawne i naprawdę trafia perfekcyjnie w sedno czarnej komedii, za która produkcja się podaje. Wyobraźcie tylko to sobie: wielka, gruba baba, leci, klatka, po klatce, w zwolnionym tempie niczym ogromniasty balon na dół, raptem łomot, ląduje na ziemi i żyje. Wstaje, otrzepuje się i wspina po schodach, bo winda zepsuta…

Schody metaforą życia

No i gruba Węgierka naprawdę ma przesrane, chciała się zabić a tu żyje i do tego jeszcze winda zepsuta! A ona taka stara, tłusta musi jakoś zapakować się na sama górę mieszkania. To tej jej mitycznej wędrówce towarzyszą niesamowite obrazy – na każdym z pokonywanych pięter znajduje się mieszkanie. Za czterema ścianami skrywa się tajemnica.

Kim są jej sąsiedzi?

Poznajemy przeuroczą parę narzeczonych, którzy przesadnie dbają o czystość i są do szpiku kości proeko. Nie było by nic złowieszczego w parze zwariowanych ekologów, gdyby nie fakt, że z mieszkania uczynili izolatkę. Żyją utopijną wizją perfekcyjnie czystego świata bez insektów i zanieczyszczeń. W mieszkaniu wszystko mają szczelnie owinięte folia, przy obiedzie dyskutują o nowych filtrach powietrza, na kolację jadą bio warzywka z własnej domowej szklarni, a seks uprawiają szczelnie owinięci folią, jak wiadomo dla zdrowia i higieny. Podczas fellatio, w szczytowym momencie “uroczy” pedant dostrzega monstrualnie wielkiego karalucha tuż nad swoją głową. Co robi? Bierze strzelbę i próbuje znaleźć gniazdo insektów… które jak się okazuje wychodzą z ust jego ukochanej. W tym momencie mamy scenę rodem od Tarantino wyjaskrawianą do maksimum: strzał, krew, mózg na ścianie. Kolejna scena.

Trójkątna wesoła, opera mydlana

“Swobodne opadanie” najprawdopodobniej w zamyśle reżysera miało powodować u widza opadanie emocji, dlatego na innym piętrze zostaje przedstawiona bardziej lajtowa historia. Była sobie para, bardzo się kochała: ona kobieca jak tylko można sobie wyobrazić, on męski jak tylko może być męski mężczyzna typu hydraulik… Nudy, prawda? Dlatego do sielankowego obrazka dołącza trzeci facet, którego ta do domu sprowadza. On jest taki delikatny, słodziutki, uroczy – przeciwieństwo tego pierwszego. Krótkie scenki tego “trójkąta” ukazują codzienną rutynę w związku ze wzbogaceniem o takie “małe” męskie przepychanki. Ten męski powiesił tego męskiego na haku, a to mu trucizny dolał, albo przewiercił rękę do drzwi… Wszystko podane w bardzo lekkim, kolorowym tonie opery mydlanej z happy endem i męską przyjaźnią w tle na rozluźnienie makabrycznej historii.

Skrobanka od tyłu

Gruba Węgierka wspina się po schodach, wspina – w końcu winda zepsuta,a  tu jeszcze tyle pięter i mieszkań z nowymi bohaterami. A gdyby tak we własnym lokum mieć gabinet lekarski? Owszem czemu nie, podobno aborcję bez problemu można wykonać w Czechach, ale tu na Węgrzech jak widać też, a wszystko w kameralnych, domowych warunkach. Kobieta przed trzydziestką zjawia się z pięknym rumianym niemowlakiem. Rutynowy wywiad lekarski, podpisanie zgody, zapłacenie kartą za zabieg i można brać się za “skrobankę”. Przez całą scenę człowiek ma wrażenie, że tym krzywym zwierciadłem będzie o to obraz matki, która umówiła się na aborcję i musiała na nią przyjść z córeczką, bo pewnie nie ma z kim zostawić. Dla mnie to najtrudniejszy moment w filmie, jestem matką i patrząc na malucha w wieku mojej Zuzy, bałam się co za chwile się wydarzy. Spokojnie, nikt nie przeprowadził tutaj zabiegu przerwania ciąży – wręcz przeciwnie. Cały absurd sytuacji polegał na tym, by narodzone dziecko “wepchać” z powrotem do brzucha matki, bo jednak jej się znudziło bycie mamą.

Twarda ręka

W kolejnym mieszkaniu zostaje zaprezentowane życie typowej rodziny z tradycyjnym podziałem obowiązków: kobieta piastunka ogniska domowego, ojciec – pan i władca. Dwoje dzieci, synowie, jeden nie pojawia się wcale, mocno choruje – ale z racji wyznania, leczy się sam w domu. Drugi kilkuletni chłopiec gnębiony psychicznie przez ojca tyrana, a i jeszcze jedna postać krowa. Wielka krowa w salonie, która zdaje się dostrzegać tylko mały chłopiec. Czy owa krowa jest metaforą naszych dziecięcych lęków, czy to komentarz to “cichego dramatu” odbywającego się w niejednym z domów?

Naga broń

Intelektualiści, wyższe sfery, finansiści, dyplomaci – cała śmietanka towarzyska. Bogaty staruszek traci kontakt z rzeczywistością, demencja owładała jego zmysły. Na szczęście jego zmanierowany wnuczek, wie jak zaopiekować się majątkiem dziadka i organizuje przyjęcie na jego cześć (fanfary bo jutro dziadka zabiorą do domu spokojnej starości). Przyjecie jest tłoczne, głośnie, lekko nudnawe i sztywne jak tu u wyższych sfer bywa. Głównym motywem jest narzeczona wnuczka, która jest naga, wyposażona tylko w  torebkę. Jest naga, naturalna, nieskrępowana intymnością, tylko tym, że jest tu nowa, obca. Wnuczek przedstawia ją każdemu z gości – nikt zdaje się jej nie zauważać, jej nagość jest bezbarwna. Znacie to uczucie, gdy trafiacie w obce środowisko i przedstawiają was setce obcych ludzi?

Lewituj, medytuj i szlochaj

W innym mieszkaniu odbywają się spotkania z wielkim duchowym przywódcą. Świeczki, kadzidła, medytacja. W powietrzu unosi się moc słów Wielkiego Mistrza. Adepci są po którymś z kolei seansie, każdy coraz bliższy prawdy o sobie… Bla, bla nudy, nudy, nudy, aż tu nagle koniec spotkania i ostatnie ćwiczenie. Akcja się ożywia, uczestnicy stają w rzędzie biorą rozbieg i walą z całej siły swoim bezwładnym ciałem o ścianę. Kwintesencja swobodnego opadania! Ale, co jest?! Jeden z uczestników, najbardziej zagorzały uczeń, osiągnął taki stan nirwany, że ściana go wchłonęła, a murarze z drugiej strony muszą go z niej wyciągać. 

Jedno wielkie rozczarowanie

Jeśli tu dotarłeś – jesteś wielki i proszę daj mi o tym znać. Historię uzupełnia, czy też zamyka wielka, grupa i stara Węgierka jak wspomniałam już na początku. Doczłapała się w końcu na górę do swojego mieszkania, które dzieli z partnerem, rówieśnikiem. Najprawdopodobniej para nie ma dzieci, są raczej biedni i nieszczęśliwi. Nigdy się nie kochali, sami nie wiedzą dlaczego razem są, ale są. I ogólnie są bardzo typową, starą, zgorzkniałą, węgierska para jak ich wiele właściwie nie tylko na Węgrzech, ale w całej Europie. To rozczarowanie życiem tchnęło główną bohaterkę do samobójstwa, które niestety się nie udaje.

Dlaczego warto obejrzeć ten film?

Jeśli opowiedziana przeze mnie historia cię nie zaintrygowała to oznacza, że kino awangardowe nie jest dla ciebie. Czy to źle? Niekoniecznie, choć wiele nowych doznań cię ominie. Wspaniale dobrana muzyka, dobre zdjęcia, nowatorskość i spójna koncepcja to mocne strony “Swobodnego opadania”. Film jest wymagający, zmusza do myślenia i własnej interpretacji luźno podanych historii. Czarny humor jest podany soczyście niczym, dobry nie do końca wysmażony stek. Każda ze scen opowiada odrębną historię, która jest surrealistyczną wizją współczesnego świata: jego manii, fobii i wad. Salvador Dali oglądając “Swobodne opadanie” byłby zdumiony, że ktoś inny wpadł na tak genialną formę, w której przedstawia wizje dzisiejszych czasów w krzywym zwierciadle.  Jeśli rozumiesz “Trwałość pamięci” Dalego ten film jest dla ciebie. Jeśli szukasz nowych bodźców i wrażeń, wiesz że ten seans jest obowiązkowy. Jeśli nie rozumiesz malarstwa surrealistów, pomyśl sobie, że ich wizja świata przy tym węgierskim obrazie to pestka.

***********

“Surrealizm nie jest nowym czy też ułatwionym środkiem wyrazu

ani nawet metafizyką poezji.

Jest natomiast sposobem całkowitego wyzwolenia ducha.”

  • Deklaracja Biura Poszukiwań Surrealistycznych, 1925