Minął właśnie tydzień od najbardziej obleganej i rozreklamowanej imprezy blogerskiej w Polsce. Emocje ochłonęły, pierwsze wrażenie ustępuje i można z wyrachowaniem podejść do oceny gdyńskiego eventu. W sieci znajdziesz dużo laurek, pochlebnych opinii na temat tej imprezy. Jednak, czy naprawdę warto aż tak się ekscytować i płakać po nocach, że nas tam nie było?

Co ja robię tu, co ja tutaj robię?

Zacznę od tego, że rejestrując się w tym roku na See Bloggers nie wierzyłam, że uda mi się tam dostać. Nie mam spektakularnych wyników, milionowych odsłon i w ogóle jestem nazbyt normalna. W bliżej nieokreślonych okolicznościach dostałam się. Może wydałabym okrzyk zachwytu, gdybym nie była ograniczona przez ogromny brzuchol powodujący, że ledwo oddycham. Być może nawet bym podskoczyła z radości, ale po przeanalizowaniu sprawy doszłam do następujących wniosków:

  • na imprezie będę w zaawansowanej ciąży, na miesiąc przed porodem,
  • trzeba będzie rozmawiać z ludźmi (tak naprawdę w skrytości duszy nienawidzę ludzi),
  • do Gdyni trzeba jechać z 5 godzin (jedyna opcja to noc ze śpiącą Zuzą),
  • nie wiem co będę tam robić (kim jestem, żeby się lansować na tej imprezce?!), ale raz się żyje.

Z nastawieniem godnym Kłapouchego oczekiwałam See Bloggers.  Na domiar złego wszystko szło jak po grudzie. Wyjazd do Gdyni przypadł na końcówkę urlopu męża. Auto odstawione do mechanika, zdawało się nigdy do nas nie wrócić naprawione. Humory Zuzi wykańczały mnie nieustannie, a wizja kilku godzin w samochodzie z ogromnym brzuchem odbierał mi resztę chęci do braniu udziału w imprezie.

Zgodnie z Prawem Murphiego

Oczywiście w dniu rejestrowania na warsztaty tematyczne nie udało mi się być online o godzinie zero. Po wielu przygodach i dotarciu do domu z godziną obsuwą zauważyłam, że wszystko co mnie interesowało jest już niedostępne… Specjalnie mnie to nie zdziwiło, przez całe swoje życie w sytuacjach, gdy trzeba było gdzieś się zapisywać, najczęściej byłam rezerwową lub brałam to co pozostało. Ochłapy to mój standard. Jestem zwycięzcą, chciało się rzec. Kilka dni później w dodatkowej puli zdecydowałam się na warsztat parentingowy.

Parenting – serio?!

Zacznę od tego, że bardzo kocham to słowo i tę tematykę blogów. Ale spójrzmy prawdzie w oczy, gdzie ja – orka w zaawansowanej ciąży miałam się pchać? Trening na plaży odpadał, zbyt duże ryzyko że Greenpeace by mnie porwało i chciało odstawić do morza. Warsztaty kulinarne? Obawiam się, że mogłabym nie mieścić się przy stole. Na fotograficzne nie było miejsc, a więc uznałam, że nie ma co uciekać przed naturalnym staniem rzeczy, więc parenting. Dwa warsztaty odbębniłam i jeden był: nudny jak flaki z olejem (utwierdził mnie w przekonaniu, że nigdy nie będę się definiowała jako “mama blogująca”), a drugi rewelacja: inspirujący, z energią i garścią trików, które zamierzam sukcesywnie wprowadzać w życie.

IMGP4497

Wielkie WOW

Dużym zaskoczeniem okazała się ilość osób, która mnie zaczepiła, pogadała i rozpoznała (może to magia brzucha). Magda (nazywana przeze mnie Emilką) z Milkii.pl okazała się fascynującą osobą, idealnym kompanem i miłym, spontanicznym akcentem całej imprezy. Oprawa techniczna imprezy wywarła na mnie duże wrażenie. Świetnie zorganizowane strefy, dużo dodatkowych atrakcji, bogate wsparcie sponsorów, dzięki czemu bloger na każdym kroku został zaskakiwany jakimś miłym upominkiem, tzw. darami losu. Forma See Bloggers łączy w sobie nowoczesność, profesjonalizm z charakterystycznym luzem dla osób, które blogują. Liczba moich zaległych kaw, wzrosła proporcjonalnie do zmęczenia, które towarzyszy na końcu ciąży. Bardzo fajnym doświadczeniem okazał się udział w strefie Kids i warsztatach szycia Miśka, przytulanki dla mojej Zuzy (moja artystyczna dusza, choć mocno rozbujała nie ma jednak wystarczającego zaplecza manualnego), delikatnie rzecz ujmując. Tutaj specjalne uznania dla Noszki, która wyczarowała rewelacyjne warsztaty, jak się okazuje tylko dla dzieci.

IMGP4496

Czego żałuję?

Ze względu na swój stan odpuściłam sobie wieczorną imprezę i niedzielne atrakcje. W kolejnej edycji chciałabym poćwiczyć razem na plaży, koniecznie z Blogierka, wydaje mi się to świetną inicjatywą. Ponadto warsztaty fotograficzne i kulinarne pozostają niespełnionym marzeniem. Czas na See Bloggers mija błyskawicznie, więc chciałabym móc pobyć z ludźmi nieco dłużej, w bardziej swobodnych warunkach. Wybierając się na blogowe wydarzenie warto zdawać sobie sprawę, że głównym celem jest poszerzenie swoich kręgów blogerskich. Nawiązując nowe znajomości nie tylko masz szansę na zdobycie nowych czytelników, ale nawiązanie fajnych i cennych relacji. See Bloggers to miejsce gdzie spotkasz początkujących twórców internetowych, jak i starych wyjadaczy. Osobiście nie odczułam “wyższości”, czy też “niedostępności” popularnych blogerów, ale podobno zdarzają się takie “gwiazdy”.

See Bloggers musisz tam być

Nic dziwnego, że całe wakacje jesteś bombardowany informacjami o See Bloggers, bo to naprawdę świetna i inspirująca impreza. W moim odczuciu charakter wydarzenia jest na tyle elastyczny, że zarówno nieśmiałe jak i przebojowe osobistości znajdą tu miejsce dla siebie. Introwertycy doskonale zginą w tłumie na warsztatach i wykładach. Ci z parciem na szkło (w tym oczywiście ja) zrobią sobie milion foci na ściankach i zbombardują social media. Znajdzie się chwila na relaks, dobrą kawę, a nawet chwilę dla siebie w uroczej Gdyni – najlepiej nad brzegiem morza. Gorzka lekcja życia z festiwalu? Nie zadawaj na warsztatach niewygodnych pytań, bo cię zakrzyczą, spacyfikują, gdyż psujesz idealną, lukrową atmosferę.

IMGP4510

*******

“Czekam na taki czas, gdy zwykli ludzie staną się sławni właśnie dlatego, że są zwykli!”

  •  Al Pacino