STYL ŻYCIA

Gdy umarła moja mama poczułam jak mocno żyje. Jej śmierć narodziła mnie na nowo.

Znamy się już trochę i myślę, że mogę z wami się podzielić pewnymi istotnymi przemyśleniami. Dziś mija dokładnie szósty rok od kiedy moja Mama nie żyje. Nie mam zamiaru smęcić i oddawać się depresyjnym rytuałom, co to to nie. Teraz opowiem wam o mojej życiowej rewolucji, nowym życiu oraz bilansie zysków i strat po tych trzech latach.

Moje życie się skończyło

Taka myśl towarzyszyła mi w chwili, gdy ratownik medyczny spojrzał na zegarek i powiedział dobitnie: czas zgonu godz. 15.45. Sam moment śmierci Mamy pamiętam bardzo dobrze, choć wielokrotnie starałam się go w sobie zagłuszyć, wyprzeć, zapomnieć nie da się i pewnie nigdy nie uda tego zrobić.

Paradoksalnie w momencie odejścia Mamy bardzo mocno poczułam, że żyję. Szare popołudnie, mżawka, delikatne jesienne promienie słońca, próbujące przebić się przez zachmurzone niebo. Ostry wiatr i poczucie zimna, które nie znika mimo koca, kubka herbaty i proszków uspakajających, tak odczuwa się śmierć bliskich.

Rozliczenie z przeszłością

Może to zabrzmi dziwnie, ale w chwili, gdy zabrakło mojej Rodzicielki, poczułam pewną ulgę i poczucie wolności. Poczułam, że najwyższy czas uporać się z przeszłością, zamknąć wszystkie sprawy, uporządkować swoje życie i odciąć się od patologii, którą jest moja rodzina.

Nie wiem jak inni radzą sobie z żałobą, ale ja sobie totalnie nie radziłam. Tuż po powrocie z uroczystości i stypy zajęłam się porządkowaniem rzeczy Mamy. Ciuchy, rzeczy osobiste, dokumenty. Wszystko zostało uporządkowane i wyrzucone. Wiedziałam, że muszę to zrobić od razu, bo później nie będę dala rady. Najbardziej boli złudzenie i nadzieja, że jednak wróci ze sklepu bo na chwilę wyszła…

Mimo bycia najmłodszą w rodzinie i jedyną kobietą, dopięłam wszelkich formalności na ostami guzik. ZUS, PZU, Zakład pracy, Dom pogrzebowy, Banki, Pogotowie, Przychodnia rodzinna i wiele innych rzeczy, ogarniałam jedno po drugim jak w transie. Wysprzątałam mieszkanie, ustabilizowałam sytuację domową, podzielam obowiązki między ojca i brata i zajęłam się trzecim kierunkiem studiów oraz prawo jazdy.

Zająć czymś myśli

Nie potrafiłam ryczeć, użalać się nad sobą, po prostu byłam zła. Zła na cały świat, że po raz kolejny to właśnie mi najgorsze rzeczy świata się przytrafiają. Dlaczego właśnie ja?! Myślałam i czułam frustrację. Zbawienne okazało się zajęcie myśli nauką, prawkiem i sportem. Codzienne wizyty w fitness klubie okazało się strzałem w dziesiątkę, można było odetchnąć.

Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie

Od razu mogę powiedzieć, że ta stara mądrość ludowa w moim przypadku sprawdziła się, aż nadto. Przyjaciółka od kołyski nawaliła po całej linii, unikała mnie, traktowała jak trędowatą. Przyjaciel z ogólniaka podobnie, jakby od samej rozmowy o śmierci Mamy można było się zarazić i samemu umrzeć. Nie chciałam taryfy ulgowej, ani traktowania mnie jak jajko. Nic z tych rzeczy, potrzebowałam normalności, poczucia, że jest jakiś znajomy grunt pod nogami. Na szczęście ukojenie znalazłam w dwóch innych osobach, koleżance która zawsze chętnie poszła razem poćwiczyć i kumplu, z którym wylałam hektolitry potu przez lata trenując na wspólnej macie. Taki obrót sprawy totalnie mnie zaskoczył, ale okazało się nie ważne “kto”, ważne “jak” cię wspiera.

Życiowa rewolucja

Nie całe trzy miesiące po pogrzebie przeprowadziłam się do Warszawy, tak naprawdę jadąc w ślad za Ukochanym. Była to najlepsza decyzja w moim życiu. W tym momencie wszystko się wyklarowało: kto mnie kocha, kto lubi, kto jest przyjacielem, a kto go tylko udaje. Intencje rodziny również wyszły jak przysłowiowe szydło z worka.

Niespełna po miesiącu od przeprowadzki zostałam brutalnie wyrwana ze złudzeń o tym, że mam rodzinę, prawdziwych przyjaciół i jestem więcej warta niż zeszłoroczny śnieg. Do wora życiowych tragedii dostałam kolejne silne doświadczenia. Wydaje mi się, że w owym czasie w moim depresyjnym stanie nie docierało do mnie to, aż tak dobitnie.

Bezpieczny schemat

Pierwsze dni w stolicy mnie przerażały: sama w wielki, obcym, mieście, bez pracy, znajomych i z małą ilością oszczędności. Liczyło się tylko to, żeby każdy dzień jakoś minął. Pracowałam w domu, miałam trochę zajęć na uczelni i to były jedyne powody, dla których brałam prysznic, wstawałam z łózka i jakoś funkcjonowałam.

Przed Ukochanym starałam się zachowywać normalnie, ale tak naprawdę wszystko było mi jedno. Co jem, co robię, jak wyglądam. Totalna apatia.Podróż autobusem do galerii bez Ukochanego była poza zasięgiem moich możliwości. To chyba najlepiej opisuje mój stan. Bezsenność lub koszmary, kołatania serca, napady duszności, wszystkie fizyczne aspekty towarzyszyły mi jeszcze długo po śmierci Mamy.

Wyjść do ludzi

W czerwcu, po przerwie od uczelni i niecały rok po śmierci Mamy zapragnęłam towarzystwa. Znów zaczęłam dostrzegać słońce, cieszyć się drobnostkami i wierzyć, że moje nowe życie może być fajne. Poszłam na bezpłatny staż, żeby zdobyć doświadczenie w pracy. Poznałam nowych ludzi, zaczęłam pierwszą poważną pracę, w normalnych, cywilizowanych warunkach. Jednym słowem na dobre zapuściłam korzenie w Warszawie.

Bilans zysków i strat

W momencie znalezienie pracy, darowałam sobie uczelnię, został mi rok, ale mam już pełne wykształcenie wyższe, więc w zasadzie kolejny kierunek niczego nie zmienia w mojej sytuacji zawodowej. Prawo jazdy po trzech próbach zawalenia egzaminu praktycznego poszło w odstawkę i czeka na bardziej sprzyjającą aurę.

Przyjaciele i znajomi? Więcej osób ode mnie odeszło, niż tego się spodziewałam. Nie z powodu mojego braku zaangażowania, odległości, czy na przykład problemów z czasem. Mam wrażenie, że pewni ludzie się wypalili, skończyli i są martwi jeszcze za życia. Wiecie, takie trupy, wampiry energetyczne, które w momencie kiedy wychodzisz na prostą opuszczają cię, bo nie mogą znieść twojego szczęścia.

Zyski: nowe życie i nowa JA

W Warszawie odnalazłam siebie. Artystyczną duszę, niepoprawną optymistkę, “Kołcz Życia”. W ciągu trzech lat rozwinęłam się zawodowo, założyłam bloga, oraz NAJWAŻNIEJSZE: mam świetnego męża i niesamowitą córeczkę. Musicie przyznać, że jak na tak krótki czas, nieźle mi poszło?

Odchodząc.

Śmierć mojej Mamy: to mój koniec i początek. Koniec dawnego, pełnego bólu i kompromisów życia. Początek szczęścia, odzyskania panowania nad własnym losem. Stara Anka u-m-a-r-ł-a. Narodziłam się nowa JA – Anna.

Zdecydowanie coraz częściej czuję się Anną, kobietą, a nie dziewczynką. Świadomą swoich zalet i wad. Wiedzącą czego chce, co może, czego pragnie, a wierzcie mi, że mogę i potrafię osiągnąć naprawdę wiele.

 

**********

“Odchodząc, pamiętaj żeby ostatni raz spojrzeć za siebie i niczego nie żałować. Jutro nadchodzi nowe jutro. Lepsza Ty.”

– Nieidealnaanna

41 KOMENTARZY

  1. Bardzo mnie wzruszył Twój post… Sama miałam jeden ciężki rok w swoim życiu, który pokazał, kto jest przyjacielem, a kto tylko takiego udaje i również zrozumiałam co jest dla mnie ważne i co chcę dalej robić ze swoim życiem. Współczuję śmierci matki, to musi być trudne do przeżycia, ale jednocześnie trzeba troszkę pozytywniej na to spojrzeć i cieszyć się, że w ogóle się tą mamę miało <3.
    Przesyłam uściski!

  2. Wspaniały tekst o uczuciach! O tym, że zawsze trzeba mieć nadzieję na lepsze dni. Czasami złe, tragiczne wydarzenia w naszym życiu mogą doprowadzić nas do lepszego jutra. Gdy jesteśmy w żałobie, rozpaczy, czy depresji ciężko o tym pamiętać. To co dobre wydaje nam się całkowicie nierealne, ale często dzięki pomocy, z najmniej spodziewanej strony możemy odbić się od najgorszego. To właśnie złe doświadczenia kształtują nasze charaktery i pozwalają docenić to co dobre. Podziwiam za charakter, wytrwałość i trzymam kciuki za to wszystko, co dobre 😉

  3. To jedna z tych historii, która dowodzi, że czasami różne tragedie życiowe w ostatecznym rozrachunku mogą wyjść nam na dobre… Wiem, że to brzmi strasznie, ale właśnie coś takiego obserwuję w życiu i to zawsze mi pomaga w trudnych chwilach.
    Jesteś dzielna! Wielki szacun dla Ciebie 🙂

    • Nic nie może przecież wiecznie trwać jak śpiewała Anna Jantar, prawda? Dobre i gorsze chwile to nieustanna sinusoida naszego istnienia 🙂

  4. Piękny post. Chociaż ciężki, ale to są właśnie ważne momenty w życiu, chwile, kiedy okazuje się kto jest przyjacielem, a kto nie… Najważniejsze, że udało Ci się i teraz jesteś tym, kim jesteś. Podziwiam.

  5. Świetny tekst! Zwykle tak bywa, że trudne sytuacje są dla nas przełomowe. A co do przyjaciół – ja się przekonałam o tym boleśnie, gdy wyjechałam z Polski. W zasadzie przestałam wierzyć w przyjaźń, poza jedną – z moim partnerem.

  6. Ania, piękny, prawdziwy, trochę smutny ale mocno budujący tekst. Jesteś wielka że się pozbierałaś i mimo przeciwności losu i ludzi którzy zawiedli- wyszłaś z tego silniejsza! W przypadku straty tylko czas może uleczyć zmiany. A z ludzmi niestety tak bywa- wypalają się, albo zabierają nam energię gdy wiedzie się dobrze- trzeba umieć ich zostawić- Ty umiesz ja się jeszcze uczę..
    ps.Myślałaś nad coachingiem?:)

  7. Śmierć jest trudnym tematem, chociaż jest częścią życia każdego z nas. Współczesna cywilizacja wypiera śmierć poza obręb. I ludzie sobie nie dają rady w rozmowach z osobami, którym ktoś bliski umarł. Warto jednak uczyć się rozmawiać o umieraniu. I twój tekst, bardzo osobisty, pokazuje, że można…

    • Dziękuje Dawid za piękne podsumowanie. Długo zastanawiałam się, gdzie jest granica intymności, której an blogu nie powinnam przekraczać? Doszłam do wniosku, że mówienie o tabu to poniekąd moja misja i pomysł na to miejsce w sieci. Nie jestem ekspertem, ale jestem mocno, życiowo doświadczona plus mam wyraźnie rozwiniętą empatię. Dlatego takie tematy na blogu są i pojawiać się będą regularnie 🙂

  8. Nigdy nie umiałam pisać o uczuciach (da się tego nauczyć?). Podziwiam Cię, że ciągle poruszasz ważne / kontrowersyjne / intymne tematy. Dzięki temu dajesz się poznać z wielu stron. Wspaniale, że udało Ci się otrząsnąć po ciężkich doświadczeniach i stworzyłaś kochającą rodzinę. Życzę Wam mnóstwo szczęścia i zawsze kibicuję:) A ja niestety nadal się chowam w swoim ciepłym kokoniku i będę pisać praktycznie 😉

    • I nie ma sensu zmieniać twoje pisanie na jakieś inne. Jestem nadwrażliwcem, stąd emocjonalność to cecha charakterystyczna moich tekstów 🙂 Dziękuję za cieple słowa i trzymanie kciuków, to dla mnie naprawdę znaczy bardzo wiele <3

  9. Czyli tez jestes, jak ja to nazywam “Mama bez Mamy”. Myslalam kiedys, by stworzyc taka inicjatywe. Kiedy slysze o weselach, na ktorych obecna jest babcia, a nieraz i prababcia panny mlodej, to sciska mnie w gardle. Nie zastanawiam sie tez “jaka babcia” bede kiedys, tylko czy w ogole nia bede (zarowno mama mojej mamy, jak i mama zmarly na dlugo przed pojawieniem sie wnukow). Ale te Wielkie Nieobecne sa bardzo obecne w moim zyciu i zyciu moich dzieci (maja dwoch dziadkow i zadnej babci). Gdyby nie one i gdyby nie ich odejscie, moje zycie wygladaloby inaczej, nie wiem, czy lepiej, ale z pewnoscia inaczej.

      • Ja mialam jedna babcie, ale w innym miescie, natomiast mialam szczescie, ze mialam fajnego dziadka na miejscu. Jako ojciec mojej mamy nie byl idealny, byl bonvivantem w przedwojennym stylu i chyba nie za bardzo wiedzial, co poczac z mala dziewczynka, czyli moja mama, kiedy zmarla babcia. Natomiast ja w nim nie widzialam wad, wiadomo, inaczej sie na to patrzy przez pryzmat wnuczka-dziadek.
        Tak, ten brak jest ogromny, a dla innych, u ktorych “mama sie wtraca”, “mama wychowuje moje dziecko nie tak” etc. niewyobrazalny w ogole. Nie wiedza jak to jest, kiedy naprawde nie ma z kim zostawic dziecka, kiedy nikt nie przyniesie obiadku i nie pomoze nieco ogarnac mieszkania przy osesku, o zakupach nie wspomne. Jak smutne sa Swieta, zanim nie pojawia sie dzieci. Jak zal czasami sciska za gardlo,ze nie ma komu wyslac tej wiadomosci, ze “juz chodzi”, albo zapytac “czy ja tez bylam taka i czy to normalne”. Rozpisalam sie, a to przeciez Twoj blog – bede tu czesciej zagladac.

  10. Dzięki moja imienniczkodla mnie jesteś wzorem…i siostrą,bo ty rozumiem cię doskonale. Mam podobne przeżycia dlatego odnajduje w twoich wpisać siebie. Trzymaj się, rób swoje i ciesz się z życia!!!

  11. Pingback: jeśli umrę

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Pisanie dla mniej jest czymś tak naturalnym jak oddychanie. Nie boję się rozmawiać o trudnych tematach, dlatego często z premedytacją wkładam przysłowiowy kij w mrowisko. Na co dzień jestem niepoprawną romantyczką szukającą inspiracji we wszystkim, co mnie otacza. Oznacza to, że idąc ze mną na spacer będziesz zmuszony kilkakrotnie się zatrzymywać, gdyż zwrócę uwagę na najmniejszy detal, drobiazg, rzecz którą ty każdego dnia mijasz obojętnie. Prywatnie jestem spełnioną żoną, nieco zwariowana mamą i miłośniczka kotów (szczęśliwa posiadaczką pary Hektora i Hery imiona zostały nadane z miłości do antyku). Gości przyjmuję z otwartymi ramionami i pełną lodówką. Musisz wiedzieć, że moja sportowa przeszłość (13 lat uprawiania judo) ukształtowało mój charakter dzięki czemu mimo rozbrykanej duszy twardo stąpam po ziemi.