Dzień świra czy Dzień świstaka?

Miałam taki chory maraton od przebudzenia: śniadanie dzieci (ja oczywiście nie jadłam, bo nie miałam czasu), potem poranna toaleta dzieci, ubieranie dzieci, przewijanie dzieci, znów karmienie najmłodszej piersią, ogarnięcie mieszkania przed wyjściem z domu. Mój błyskawiczny prysznic: makijaż minimalistyczny, ale zawsze zrobiony, ładowanie dzieci do wózka i kierunek plac zabaw. Po kilku godzinach na świeżym powietrzu obowiązkowo zakupy, gotowanie, sprzątanie, karmienie i przewijanie dzieci. Rach ciach, połowa dnia za mną, a jeszcze nie zrobiłam “nic pożytecznego” dla córek. To teraz czas na zabawy rozwojowe, czytanie, budowanie z klocków, prace plastyczne. Potem obowiązkowo zdrowa przekąska dla maluchów, ogarnianie dzieci i domu i trach ciach – wieczór. No to czas zaczynać wieczorny rytuał: delikatne wyciszanie, przytulanie, czytanie bajek, lekka kolacja, kąpiel i dzieci śpią. W końcu!

 

A gdzie w tym wszystkim jesteś TY?

I mimo tego wszystkiego, tego owczego pędu za byciem idealną matką zaczęłam się mocno spinać i denerwować tym całym MACIERZYŃSTWEM. Bo to nie miało być tak, że tylko ciągle ja daje z siebie wszystko, a nie dostaję nic w zamian. Że ile bym od rana nie robiła to dom i tak nie jest na tyle czysty jakbym chciała. Zaczęło mnie boleć i wkurwiać to, że kawa w ogóle nie jest wypita, ba nawet nie była robiona bo nie miałam kiedy. Że ze śniadań zrezygnowałam, bo dzieci przecież najważniejsze… Irytowało mnie to, że nie mogę przez kwadrans porozmawiać z mężem przez telefon bo moje dziecko numer jeden chce wisieć na piersi, a dziecko numer dwa ma w tej chwili milion innych pomysłów na spędzenie czasu z mamusią. Koty chodziły nieustannie za mną i darły się wniebogłosy, tak że miałam ochotę oddać do schroniska. Mąż nie tak oddychał, dzieci nie tak patrzyły, znajomi nic nie rozumieli, a ja czułam, że jeszcze moment i zostawię to wszystko w cholerę.