Do momentu, w którym byłam singielką, nie miałam problemu ze znalezieniem czasu na wszystkie aktywności, na których mi zależało. Tak naprawdę, jeszcze w czasie, gdy byłam w związku, ale nie mieszkałam razem z moim facetem, łatwiej było mi ogarnąć pracę, którą łączyłam ze studiami, czas na trening, wyjścia z przyjaciółmi, chwile z Ukochanym, kosmetyczkę i wiele innych rzeczy. Wiem, że wiele kobiecych portali karmi nas informacjami, że bycie żoną i matką nic nie zmienia w naszym życiu. Może się na mnie wkurzysz, ale nie zgadzam się z takimi stwierdzeniami.

Życie we dwoje

Kiedy żyjesz partnerem pod jednym dachem (niekoniecznie przecież musicie być małżeństwem), dochodzą nowe obowiązki w postaci regularnych zakupów, sprzątania, organizacji posiłków, prania, prasowania, być może wyprowadzania psa, lub ogarniania kotów. Do tego wszystkiego fajnie byłoby raz na jakiś czas spędzić jeszcze miłe chwile z tym, z kim dzielisz życie i łóżko. Nie uważam, że masz wszystko robić sama. Według mnie najlepiej jasno określić warunki życia i podzielić się obowiązkami. Z doświadczenia wiem, że najlepiej to zapisać i powiesić w dobrze widocznym i łatwo dostępnym miejscu (na przykład na drzwiach lodówki, tablicy korkowej nad biurkiem).

Gdy rodzina się powiększa

Gdy zostajesz matką, do twoich codziennych obowiązków należy opieka nad dzieckiem. W pierwszych miesiącach życia z dzieckiem może się okazać, że jest to praca całodobowa. Bez względu na to, czy karmisz naturalnie, czy podajesz butelkę, nikt ani nic nie jest w stanie zastąpić mamy. Dziecko potrzebuje jej bliskości, zapachu, dotyku, przytulenia, kojących ramion, bicia serca, którego słuchało przez dziewięć miesięcy bycia w brzuchu. I jeszcze twój głos. Nic tak dobrze nie koi i nie usypia jak twoje kołysanki, nawet jeśli na twoje ucho nadepnął słoń. Dziecko o tym nie wie.

Wewnętrzny bunt

Ustaliłyśmy już, że powiększenie rodziny powoduje, że przybywa nam obowiązków, a doba się kurczy. Doskonale to rozumiem, bo jestem mamą dwóch córek, które urodziłam rok po roku. Z perspektywy czasu, wiem, że ten „brak czasu”, który pojawia się w pierwszym roku życia dziecka, jest stanem chwilowym, który naprawdę mija. Nie będę cię oszukiwała, że wszystko się da i wystarczy to wcześniej zaplanować. Macierzyństwo jest nieprzewidywalne, jeszcze bardziej, niż twoje codzienne życie. Wiem, że czasem masz już dość „siedzenia” z dzieckiem w domu i pragniesz oddechu, autonomii, samotności i poczucia, że czeka cię coś więcej niż „tylko” bycie mamą. Przerabiałam to i nie trzeba mi tego tłumaczyć, rozumiem to doskonale.

Co zrobić, gdy się „nie da nic zmienić”?

Tak, jak wspomniałam wcześniej, karmienie świeżo upieczonych mam gadkami, że wszystko się da, w moim odczuciu jest niesprawiedliwe i dołujące. Dlaczego? Choćby dlatego, że nie każda z nas dostaje w pakiecie dziecko bezproblemowe, przesypiające noce i dnie. Nie każda rodzi malucha zdrowego, takiego który da się odłożyć do łóżeczka i nie ma problemów z karmieniem, kolkami i innymi przypadłościami wieku niemowlęcego. Mało tego, nie każda z nas może liczyć na wsparcie partnera. I mam tu na myśli nie tylko realną, fizyczną pomoc przy dziecku i obowiązkach domowych, ale również brak empatii, zrozumienia, wsparcia mentalnego i psychicznego. Nie każda świeżo upieczona matka ma ten komfort, że ma do pomocy rodziców i teściów, zaangażowane rodzeństwo, czy przyjaciółki. Nie każda z nas mieszka w tym samy mieście, czy nawet kraju, co rodzina i przyjaciele. Nie każda młoda matka ma stabilną, dobrą i bezpieczną sytuację finansową. Niektóre z nas muszą ogarniać całodobową opiekę przy dziecku wraz z pracą zawodową, prowadzeniem firmy, czy dorabianiem na różne sposoby, aby móc związać koniec z końcem. Nie u wszystkich mam tryb „ogarniam macierzyństwo” odpala się automatycznie po porodzie. Niektórym zajmuje to dłużej, inne chorują na depresję poporodową lub chroniczne wycieńczenie fizyczne. I ja naprawdę to wszystko rozumiem, dlatego chcę cię tylko uspokoić, że to naprawdę kiedyś mija.

Najtrudniejsze w macierzyństwie jest…

Proszenie o pomoc. W moim przypadku, najtrudniejszą lekcją macierzyństwa okazało się proszenie o pomoc. Początkowo wydawało mi się, że nie mam prawa prosić męża o to by posprzątał dom, ugotował obiad i zajmował się córką po pracy, bo przecież jest zmęczony. To nic, że przez dziesięć godzin dziennie byłam sama z dzieckiem nieodkładalnym, wymagającym i nieustająco płaczącym. W mojej głowie było zakodowane, że on pracuje, a ja na urlopie macierzyńskim zajmuję się dzieckiem. Dzieckiem, które nie pozwalało mi zjeść kanapki, zagotować wody na herbatę, zrobić siku bez trzymania na rękach, o prysznicu nawet nie wspominając. Jak być aktywną mamą i nie zwariować?

jak być aktywną mamą

Jak być aktywną mamą i nie zwariować?

Czułam, że jestem o krok od szaleństwa…

Naprawdę było mi ciężko. Zuza okazała się wyjątkowo wymagającym dzieckiem. Moja mama nie żyła, tata inwalida oddalony 300 kilometrów od nas. Teściowe również mieszkający daleko, do tego aktywni zawodowo. W pobliżu żadnych znajomych, koleżanek, czy przyjaciół. Pierwsza przecierałam szlaki w temacie rodzicielstwa, dlatego  nie mogłam liczyć na wsparcie jakichkolwiek osób. Z niczym się nie wyrabiałam. Sterty wysuszonych ubrań dziecięcych czekały na prasowanie do powrotu męża z pracy. Umycie kuchenki gazowej na bieżąco było niemożliwe. Czułam się bezwartościowa i sądziłam, że jestem matką do dupy. Panią domu ostatniego sortu, znerwicowaną żoną i najgorszą przyjaciółką na świecie, która zupełnie nie kontaktuje się ze znajomymi, z powodu braku wolnych rąk do napisania choćby głupiego SMSa.

Pewnego dnia były mi tak bardzo źle, że postanowiłam PROSIĆ

Postanowiłam prosić innych o pomoc. Zaczęłam pisać do teściowej z prośbą o pomoc w prowadzeniu domu. Sama wyszłam z inicjatywą zaproszenia jej do nas na weekend, przywiezienia czegokolwiek do jedzenia i kupienia kilku rzeczy dla małej. Prosiłam o przywożenie pieluch i bodziaków, zamiast zabawek. Gdy mąż wracał z pracy, w drzwiach oddawałam mu Zuzę i wychodziłam z domu. Szłam przed siebie, gdziekolwiek. Odwiedzałam pocztę, zahaczałam o małe  zakupy w  Biedronce, zdarzyło mi się kilka razy wejść do kościoła i napawać się ciszą i brakiem towarzystwa. Snułam się bez celu po pobliskim parku, szłam prosto na rower lub pobiegać. Z czasem zaczęłam prosić znajomych by odwiedzili mnie w kawiarni blisko domu, na wypadek gdybym musiała wrócić na karmienie Zuzi. W naszym przypadku nie było czasu, ani okazji ściągnąć mleka na zapas, ale z czasem postanowiłam sobie pomóc i kupiłam awaryjną puszkę mleka modyfikowanego, co wcześniej nawet nie przeszło mi przez myśl.