Jest taka jedna rzecz na świecie, której często zazdroszczę moim córkom. To coś, czego mi zawsze brakowalo, coś czego nigdy już nie poczuję, coś o czym zawsze marzyłam. To sposób w jakim On nie nie patrzy. To ton głosu, którym on do nich mówi. To spojrzenie pełne miłości, akceptacji i oddania, który każdego dnia im ofiaruje, bez względu na porę dnia. To perlisty śmiech, który potrafi wywołać wyłącznie kontakt z córkami. To anielska cieprliwość, ojcowskie zaangażowanie i poczucie, że poza nimi nie liczę się nic innego na świecie…

dzień taty

Tata z moich snów i marzeń

Pamiętam wyraz jego twarzy, kiedy wyszłam z gabinetu lekarskiego blada jak ściana. Był strasznie spięty, siedział jak na szpilkach, ale gdy powiedziałam mu, że będziemy mieli dziecko podbiegł do mnie i mocno przytulił. Jego ramiona objęły mnie tak ciasno, że myślałam iż za chwilę osunę się na ziemię. Czy się bał ? Myślę, że bał się jak cholera, mocniej niż ja, ale nigdy nie dał mi tego odczuć. Pierwsza ciąża spadła na nas jak grom z jasnego nieba, bo przecież lekarze nie dawali nam szans na dziecko. Od pierwszych chwil był ze mną, zwalniał się z pracy na wszystkie USG, cierpliwie znosił moje humory, chodził spać o dziewietnastej i wstawał o siódmej rano, tak bardzo współodczuwał tę ciążę. Każdego wieczora czytał mi kolejny rozdział, opisujący rozwój naszej Zzui w brzuchu. Rozmawiał z nią, gilgotał plaski jeszcze wtedy brzuch i próbował sobie wyobrazić, jak to już będzie gdy pojawi się na świecie?