Z tą myślą biję się od dłuższego czasu. Zostać i pisać, czy odejść i zająć się innymi rzeczami? Dziś jestem już pewna: odchodzę. Jeszcze nie wiem na ile, jeszcze nie wiem dokąd, ale wiem, że znikam z wirtualnego, blogowego podwórka. Dlaczego? Odpowiedź, tak naprawdę jest złożona i skomplikowana, tak przynajmniej mi się wydaje.

Gdy przyjemność staje się przykrym obowiązkiem

Podobno trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść… Podobno, bo jak zostawić z dnia na dzień to co się kocha? Na pewno nie jest łatwo, ale na dziś dzień ze wszystkich projektów, w których uczestniczyłam wybieram – projekt życie. Wolę doświadczać i przeżywać, niż o tym opowiadać. Za mną rok macierzyństwa, przede mną kolejne wyzwanie – we wrześniu zostanę po raz drugi mamą. Czuję, że blogowanie na pół gwizdka mnie nie interesuje. Bycie weekendową mamą również nie jest dla mnie. Do tego codzienne dbanie o zdrowie, kondycję, rodzinę i rozwój osobisty – to wszystko na tym etapie jest bardzo absorbujące. Uważam, że nie ma sensu trzymać wszystkich srok za jeden ogon, lepiej mieć tego małego wróbla w garści, który u mnie objawia się jako “wewnętrzny spokój”.

Granica między perfekcjonizmem, a pracoholizmem

Zdaję sobie sprawę, że ostatni rok na blogu to naprawdę duży przełom. Opanowanie Word Pressa, regularne publikacje, usystematyzowanie tematyki, stałe komentarze i nawiązanie blogowych przyjaźni – to naprawdę znaczy dla mnie bardzo dużo. Jednak od pewnego czasu czuję, że to wszystko wymknęło mi się spod kontroli. Coś co powodowało uśmiech na mojej twarzy, zaczęło być powodem do codziennego poczucia, że  zawaliłam. Wyrzuty sumienia, że nie angażuję się w stu procentach, że nie mam możliwości być na bieżąco z moimi czytelnikami, że nie dam rady odwdzięczyć się odwiedzinami i komentarzem u innych – to wszystko spowodowało u mnie kaca moralnego. Moja roczna córka każdego dnia “w cudowny” sposób weryfikuje moje ambitne plany. Czy mogę o to się złościć na pewno nie. Dlatego bez obwijania w bawełnę przyznaję się i mówię – nie mam obecnie serca do blogowania.

To nie brak weny, to nie wypalenie

Gdybyście zobaczyli mój kalendarz z listą pomysłów na wpisy, złapali byście się za głowę, bo w przypadku wymyślania czegoś nowego jestem mistrzynią. Nie o brak weny, czy też wypalenie się rozchodzi. Nie wyobrażam sobie, żebym tak z dnia na dzień przestała pisać -mam nadzieję że nadal raz na dwa miesiące będą ukazywały się moje felietony. Cały czas piszę również zawodowo, z dziedzin które bardziej lub mniej rozwijają moje pasje, ale na pewno uczą mnie pokory, poprawiają warsztat i zasilają dodatkowo budżet domowy.

Od kiedy jestem mamą większą uwagę zwracam na jakość własnego życia. Potrzebuję spokoju, snu, zbilansowanej diety, codziennego ruchu, relaksu z książką, obcowania ze sztuką i przyrodą, ale również zwykłego odpoczynku, leniuchowania jak kto woli.  A jak sami dobrze wiecie, to wszystko pochłania czas. Nie mam problemów z organizacją czasu – naprawdę jestem doskonale zorganizowana, jednak od ciągłego życia w pospiechu, wybieram przyjemną, rodzinną rutynę.  Nie mam zamiaru rezygnować ze snu, sportu, seansu z książką, czy chwilami z rodziną, tylko dlatego by udowodnić (właściwie komu), że jestem maszyną, która ogarnia wszystko.

Nowe wyzwania

Drugi trymestr ciąży, to czas kiedy dostaje się powera, z tego względu mam zamiar się skupić na sobie. Mam dwa cele, z którymi chciałabym uporać się do porodu, stąd świadomy wybór i zniknięcie z blogosfery. Nie chcę sobie niczego obiecywać, wyznaczać i zakładać sztucznych ram – jeśli poczuję, że chcę wrócić to wrócę, jeśli nie to nie. Mogłabym pisać raz na jakiś czas, na akord, bez serca i polotu ale nie chcę.

Odchodzę

W tym miejscu chcę wam podziękować: za każde odwiedziny, komentarz – ślad po sobie. Blogowanie to przygoda, ale również twarda szkoła życia. Żeby istnieć, trzeba ciągle walczyć: z czasem, lenistwem, konkurencją i zasięgami social media. Drugi raz w swojej blogowej “karierze” znikam, ponownie w połowie ciąży, być może ten typ tak ma. Prócz powodów, które podałam wcześniej czuję się przytłoczona wirtualnym światem.  Mam wrażenie, że wszystko już było, wiadomości są przemielone i odtwórcze – nie wnoszą w moje życie nic nowego. Z telefonu zniknął: Facebook, Snapchat, Instagram i inne aplikacje do promowania się w sieci. Czuję, że teraz oddycham pełną piersią.

*********

“Aby od­kryć, ja­kie zmiany zaszły w to­bie,

naj­le­piej wróć do miej­sca, które jest ta­kie jak kiedyś.”

  • Nelson Mandela