W tym momencie wychodzi z ciebie ta słynna perfekcjonistka, którą siebie otwarcie nazywasz. Twój system odhaczania spraw jest mi niezmiernie bliski, ale wydaje mi się, że w moim przypadku wynika z czegoś innego… Co powiedziałabyś sobie z przeszłości, gdybyś miała taką okazję?

Mirce sprzed kilku lat chyba jednak żyło się łatwiej, bo wtedy to sama jeszcze do końca nie wiedziała czego chce i nie planowała tak bardzo do przodu jak teraz. Jestem żoną, mamą i staram się być odpowiedzialną kobietą w każdym aspekcie swojego życia. Ktoś z boku mógłby powiedzieć, że mi się „udało”, ale ja mam jeszcze wiele planów do zrealizowania przed sobą i wciąż apetyt na więcej. Wiele moich celów już udało mi się spełnić. Staram się je odhaczać – i to nie tylko w pamięci – by móc nie rzucić ich w otchłań przeszłości. Dzięki spełnieniu jednego, lawinowo udaje mi się zaliczać kolejne. Od marca ubiegłego roku stawiam na siebie. Postanowiłam zacząć pisać systematycznie na blogu, angażować się w inspirujące spotkania, pojawiać na konferencjach i… to faktycznie ruszyło.

Mirko, po ostatnim zdaniu utwierdziłaś mnie w przekonaniu, że jesteś idealną kandydatką do tego wywiadu. Kobieta świadoma swoich zalet, śmiało zmierzająca w kierunku marzeń. Zdradzisz nam coś więcej na temat swoich planów zawodowych?

Mogę Ci zdradzić, że moje marzenie zawodowe bardzo mocno wiąże się z blogiem i głęboko wierzę, że któregoś dnia uda mi się je zrealizować. Jeśli chodzi o te prywatne cele, to tak, czuję się spełniona. Mam męża, który jest moim najlepszym przyjacielem i zdrowego, cudownego synka. To oni sprawiają, że w momentach, w których chciałabym się poddać, kiedy moje serce łamie się na miliony kawałeczków ja… wciąż się trzymam.
Są całym moim światem.

Wyżej wspomniałaś, że twoja rodzina jest najważniejsza. Jestem ciekawa, kto zatem sprawia że czujesz się szczęśliwa na co dzień?

Przede wszystkim oni. Najbardziej ze wszystkiego na świecie uwielbiam weekendowe poranki. Ten magiczny czas to często tylko ułamek chwili, ale który wręcz namacalnie uświadamia mi, jak wiele mam. Wtedy nie skupiam się na tym, do czego dążę, co jeszcze chciałabym mieć i w jakim miejscu być, ale za to bardzo jasno widzę, co mam teraz. Uświadamiam sobie, że jestem szczęściarą, jakich mało. W domu panuje idealna cisza, słońce dopiero wstaje, jego pierwsze promienie nieśmiało wpadają poprzez okno balkonowe do salonu, a ja przestawiam budzik o kolejne 10 minut. Zapominam o ciągłym dążeniu do doskonałości, o tej całej pogoni za życiem lepszej jakości. Rano niczego nie kontroluję i nawet nie próbuję. Widzę moich mężczyzn w naszym łóżku i uśmiecham się. Tylko albo aż tyle.