Pod naciskiem innych blogerów i znajomych w końcu w tempie iście olimpijskim zabieram się za relację mojej pierwszej w życiu Blogowogilii (dla niewtajemniczonych najważniejszej, największej i najlepszej imprezy roku w blogosferze).

Od początku pod górkę

No cóż, od samego początku wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że niestety, ale nie będzie mi dane bawić się na tym wydarzeniu, gdyż w czasie rejestracji byłam w drodze na Podlasie, gdzie co 3 kilometry traciłam zasięg i dostęp do Internetu. Na szczęście z pomocą przyszedł mi niezastąpiony Piotrek, który jak się okazuje w moim życiu zawsze jest wtedy, kiedy najbardziej go potrzebuję. Po rozmowie z kumplem uzyskałam informacje, że udało się i jestem zarejestrowana.

Uff… odetchnęłam, ale dzień później dostałam maila z prośbą o umieszczenie informacji zawartych podczas rejestracji na blogu, gdyż chcą zweryfikować poprawność danych. To znaczy, czy Nieidealnanna to ja i takie tam. Moja pechowa korespondencja mailowa z organizatorami ciągnęła się aż do dnia Blogowigilii, kiedy to dopiero na kilka godzin przed imprezą dowiedziałam się, że tak wszystko okej i jestem pozytywnie zarejestrowana… Paweł z BWOTR śmiał się, że to pewnie zemsta organizatorów za moją przyjaźń z Zaniczką, która to napisała, co myśli na temat organizacji imprez dyskryminujących niepełnosprawnych i matki z dziećmi. Na szczęście tym razem mąż przejął stery nad Zuzką.

Ogonek jak za komuny

Co prawda czasy komuny wypadały na moją kołyskę, ale jak ujrzałam kolejkę do wejścia pod Klubem Capitol, to tak sobie właśnie pomyślałam: kolejka jak za komuny. No to zaszalałam, nie wzięłam żadnego nakrycia na sukienkę bez ramion – w myśl cebulackich celebrytów typu Anna Mucha, co to w polską, sroga zimę chodzi w sukience  z gołymi nogami, jakby w środku Warszawy były palmy i kalifornijski klimacik. A co, skoro mam gwiazdorzyć, to pełną parą. No to sobie pomarzłam te czterdzieści minut w cienkim płaszczyku, bez czapy, ale za to jak wyglądałam, szałowo – mogłabym śmiało reklamować  lakier do włosów Taft na każdą pogodę…

Pokonać neurozę

Tuż przed wyjściem na imprezę ogarnęły mnie rozterki typu: po co tam idę, przecież nikt mnie nie zna, nie jestem mega popularna itd. Jednym słowem moja wewnętrzna neurotyczka dała o sobie znać i zaczęłam mieć wątpliwości, ale z drugiej strony moja zwariowana-wariatka krzyczała do drugiego ucha: jesteś duszą towarzyską, odbij sobie macierzyńskie smutki! No to poszłam, stanęłam w kolejce i zaczęłam obserwować. Powitania, zaczepki, machanie, śmieszne pogaduszki, uściski, buziaczki i przytulasy, a nawet papieroski. Prawie wszyscy stali  w grupkach: przede mną grupka kobitek, za mną to samo… Ale, ale obok mnie przypałętał się jakiś samotny wilk. No dobra, myślę sobie to może zagadam – skoro to jest impreza blogerów, to trzeba się poznać, rozmawiać, być otwartym jak na blogera przystało. Pozwólcie, że przytoczę dialog, który miał miejsce.

Nieidealnaanna: Czekasz na kogoś?

Chłopiec: Nie.

Nieidealnaanna: To twoja pierwsza blogowigilia?

Chłopiec: Nie, byłem na wszystkich edycjach.

Nieidealnaanna: Tak, w ogóle to Ania – miło mi.

Chłopiec: Szymek. (niepewne uściśniecie ręki typu śledź).

Nieidealnaanna: O czym piszesz bloga?

Chłopiec: Lifestyle, a Ty?

Nieidealnaanna: Lifestyle.

Chłopiec: Yhm.

I tyle mój sąsiad z ogonka miał mi do powiedzenia, później wpatrywał się zawzięcie w swoje buty. Z tego miejsca najlepsze pozdrowienia dla Szymka, który to okazał się taką, blogową gwiazdą, że ze mną plebsem nie chciał rozmawiać… Lub myślał, że gruba blondyna go podrywa?! Może nie lubi kobiecych kształtów, pal go sześć, z wybawieniem przyszła mi sympatyczna Inky Voice, która okazała się wspaniałą kompanką początku imprezy.

Selekcja

Dalsze czekanie w kolejce upłynęło przyjemnie, bo moja nowa koleżanka okazała się świetną rozmówczynią, we dwie było nam raźniej. Dzięki smsom byłam umówiona z Krasnoludki przy sterach, co dodawało mi otuchy. O, w końcu widzimy wejście do klubu, super – szybkie sprawdzenie na liście nazwiska, wydanie blankietów do baru: miały być dwa, nie wiem czemu dostałam cztery, może Panu zrobiło się miło, bo powiedziałam do niego cześć? Kto ich tam wie.

Chwila dla fotoreporterów

Weszłyśmy, oddałyśmy okrycia wierzchnie do szatni i moim pięknym, ogromnym niebieskim oczom ukazała się najprawdziwsza w świecie ścianka, taka wiecie, co to celebryci na niej pozują i potem na Pudelku wypływają “niby niekorzystne” zdjęcia gwiazd. Dwa razy nie trzeba było mnie zapraszać, na dzień dobry nowa koleżanka zrobiła mi fotkę, a po chwili na horyzoncie pojawiły się dwie boginie blogosfery: Justekmakemesmile i Ehdi Mars. Dziewczyny wyglądały oszałamiająco i od razu zaczęłyśmy się ściskać, całować i robić zdjęcia na ściance, która jednym słowem nie wytrzymała ciśnienia… bo się rozleciała. Wsparcie techniczne do końca imprezy, coś tam przy niej majstrowało: podklejało i podtrzymywało. My miałyśmy foty, inni zaczęli się ustawiać w kolejce, także C’est la vie!

Coraz bliżej święta

Zaraz po małej fotosesji na horyzoncie pojawiły się dwie miłe hostessy Coca Coli, które zaprosiły nas do zrobienia sobie personalizowanej puszeczki. Oczywiście jako narcyza zrobiłam sobie puszkę z napisem: “nieidealnanna”, choć hostessa w pierwszej chwili wystukała: idealna – przypadek? Nie sądzę. Po tym miłym akcencie z resztą dziewczyn ruszyłyśmy na poszukiwania Krasnoludków i Słońca.

Początki są trudne

Po trudach poszukiwań i zaopatrzeniu się w drinki w barze, ruszyłyśmy w kierunku wskazanej loży i tym sposobem miałam przyjemność poznania na żywo Krasnoludków, Słońca i Króliczka, co okazało się bardzo miłym doświadczeniem. Wiecie jak to jest, czytasz kogoś dzień w dzień, a tu stajecie twarzą w twarz i rozmawiacie. Jedno wielkie, wow i znów przychodzi mu na myśl Osioł ze Shreka z hasłem: ja chcę jeszcze raz!

Coś na ząb

Po trochę nudnawym i przydługawym wstępie operatorów, ktoś tam śpiewał coś, moja artystyczna dusza nie ulękła tylko poszła poszukiwać strawy. Nasza babska paczka poszła na górkę i zaczęła szamać. Sponsorem było Tesco i powiem tak: spodziewałam się czegoś lepszego, ale nie było źle i tyłka też nie urwało. Pierogi z kaszą gryczaną przegryzione pstrągiem, a potem dopchane kawką i ciastkiem wystarczyło dla zaspokojenia mojego średniego głodu.

U Mikołaja na kolanach

Słyszałyśmy, że Coca Cola przygotowała jeszcze kolejne atrakcje: fotobudkę i spotkanie z Mikołajem, oczywiście nie mogłyśmy tego przegapić. Wybrałyśmy się zatem na te świąteczne “doznania”. Fotobudka z rekwizytami zawsze się sprawdza i zdjęcia z niej są miłą, zabawną pamiątką. A co do Mikołaja – mam poważne zastrzeżenia, bo nie był stary i gruby, tylko młody i szczypiorek, ale jakoś podołał i udźwignął mój “słodki ciężar” na kolanach. Marzenie z dzieciństwa uważam za zrealizowane!

Upominek od Rimmel

Jako kobieta ucieszyłam się, że Rimmel przygotowało jakieś prezenty dla uczestników wieczoru. Zanim znalazłyśmy “lochy” klubu, gdzie umiejscowiony był ich punkt, nieźle pobłądziłyśmy. Znajdowali się obok kobiecej łazienki – no tak, grunt to popyt i podaż, a jak wiadomo kobiety i łazienka to jedno. Także, otrzymałam błyszczyk z ulotką, na który się wymieniłam ze Słońcem i mam lakier do paznokci, dobry deal – wilk syty i owca cała.

Gwiazda Betlejemska

By poczuć magię świąt organizatorzy serdecznie zapraszali na warsztaty z sympatyczną Kasią Ogórek, gdzie można było sobie przyozdobić – uwaga trudne słowo: Poinsecję i zabrać do domku. Czekając w kolejce na warsztaty zrobiłam sobie focie z kwiatkiem, dzięki czemu mąż zyskał nowe zakładki do książki z moją wyjątkową osobą. Poległam i nie doczekałam do przyozdobienia, kolejka długa, czterdzieści minut czekania nie na moje skołatane matczyne nerwy, ale po cebulacku Gwiazdę posiadłam i stoi dumnie u teściowej w domu…

Podsumowanie

Impreza jest fajną inicjatywą, ale była tak medialnie rozdmuchana, że moje narcystyczne ego nie zostało do końca zaspokojone. Klub duży, ale miejsca mało – nieprzystosowany dla osób niepełnosprawnych. Jeden bloger na wózku całą imprezę przesiedział w jednym miejscu na parterze – nie wiem jak miałby iść do “lochów” za potrzebą lub jak posilić się po stromych schodach na górze… Gorąca atmosfera- w takim przypadku należy ubierać się nie świątecznie, a iście imprezowo, bo inaczej człowiek popłynie.

Bardzo pozytywnie jest poznać osoby, które czyta się na co dzień i mam nadzieję, że za rok też będę na Blogowigilii z moimi ulubieńcami, których tym razem tak bardzo zabrakło. Żałuję, że nie udało mi się zagadać i skrzyknąć ze wszystkimi, których lubię, bo dopiero po imprezie w social media dowiedziałam się, że inni blogerzy też tam byli. Momentami było nudnawo i monotonnie, ale może potem na after party, gdy procenty zaczęły działać było lepiej? Szczerze w to wierzę, choć sama niestety zmyłam się po angielsku (co jest totalnie nie w moim stylu, ale obowiązki matki mnie wezwały).

A to peszek

Bardzo często ludzie entuzjastycznie reagowali na moją kocią sukienkę, coś w stylu: ale zajebista! wow! mega! świetnie wyglądasz – co nie ukrywam miło połechtało moją próżną naturę. Ale cały mój wieczorny wizerunek był przemyślany i filozofia była taka, że skoro w logo bloga mam kota, to koty na sukience i wizytówce spowodują, że będę łatwiej kojarzona. Wszystko byłoby super, gdyby nie fakt, że tuż przed imprezą, w drukarni rozjechał się Corel i po moich wizytówkach nie było śladu, a to peszek. Niemniej było fajnie, ale pamiętajcie, że na takie wyjścia naprawdę warto mieć wizytówkę.

To już koniec obiecuję

Zakończę małą anegdotką, gdyż spotkała mnie następująca sytuacja. Czekałam pod szatnią na męża i podchodzi do mnie pewien chłopak i mówi: a co tak czekasz samotnie, może ci potowarzyszę, albo pójdziemy na górę? Na co ja odpowiadam: czekam na męża. A on na to: a to nie. I już go nie było… Dajcie znać czy moja relacja tym razem dała radę? A może byliście na Blogowigilii i chcecie się podzielić wrażeniami, jeśli tak śmiało linkujcie na dole, bardzo chętnie przeczytam wasze spostrzeżenia.

1455079_514550308706595_4739911559005189837_n

******

“Czekam na taki czas, gdy zwykli ludzie staną się sławni właśnie dlatego, że są zwykli!”

– Al Pacino