Skazana na bycie szczęśliwą

//Skazana na bycie szczęśliwą

Bardzo często dostaję od Was wiadomości, w których dziękujecie mi za jakiś tekst na blogu, wpis na Facebooku, czy słowa, które kieruję do mojej grupie Nieidealnych, ale Szczęśliwych Kobiet. Jeszcze częściej w wiadomościach prywatnych piszecie mi o tym, że jestem super silna, że mam naprawdę masę energii i się nie poddaję. Kiedy dzielę się z Wami moimi przemyśleniami za każdym razem zastanawiam się, czy tym razem nie przegięłam. Czy mówienie wprost o tym jak jest, a niestety nie zawsze jest różowo nie zniechęci moich Czytelników? Czy wywlekając na światło dzienne trudne tematy nie sprowadzę na siebie fali hejtu? Jestem taka jak Wy. Mam swoje marzenia, małe, codzienne cuda i drugie tyle kłopotów, problemów, a do tego bagaż trudnych doświadczeń.

Gdy stoję pod ścianą

Bardzo nie lubię takich dni jak dziś. Jestem wyczerpana fizycznie, ale staram się jakoś trzymać psychicznie. Po pogrzebie Taty przeziębienie rozłożyło mnie na łopatki i ciągnie się do dziś. I nie zawsze da się tak, po prostu wydobrzeć, mimo tego, że dbasz o to co masz na talerzu, starasz się spać regularnie i dbać o relaks to poziom stresu jest tak duży, że przeziębienie się przedłuża, doskwiera i czujesz że znalazłaś się pod ścianą. Bardzo nie lubię takich chwil, gdy wydaje mi się, że więcej kłopotów i problemów już naprawdę nie wytrzymam. Gdy na każdą jedną dobrą informację spadają trzy złe, okropne, dołując i zabierające tlen do codziennego życia.

Odwrócę się i udam, że mnie to nie dotyczy

Naiwnie myślałam, że po śmierci mamy (6 lat temu) zamknęłam raz na zawsze rozdział zwany: problemy rodzinne. Okazuje się, że śmierć rodzicielki była dopiero początkiem nowego, chujowego życia, w którym otworzyłam Puszkę Pandory. Problemy należące do moich rodziców i rodzeństwa ciągną się za mną jak mój własny cień. Bywają dni kiedy mam ochotę po prostu nie istnieć. Nie myśleć, nie widzieć, nie czuć, nie odczuwać, nie analizować, nie potrzebować, nie martwić się, nie oddychać. Są takie momenty, kiedy czuję, że jeszcze jedna  „malutka rzecz”, aż zniknę. 

Stresu nie zamaskujesz kolejną warstwą fluidu

Mimo tego, że jestem świadoma jak stres działa na nasz organizm to nie potrafię zapanować nad ilością zmartwień w moim codziennym życiu. I naprawdę nie należę do osób, które narzekają, rozpamiętują i się dołują zamiast działać. Ilość stresu zżarła mi całkowicie tarczycę,  odpaliła działa blokując metabolizm, odebrała totalnie odporność, spowodowała, że sen jest czysta loterią. Konsekwencją jest brak sił i chęci do czegokolwiek, ale się nie poddaję. Jestem skazana na bycie optymistką. Chyba tylko to, że z natury jestem niepoprawną wręcz optymistką, wesołkiem i wojowniczką nadal trzyma mnie w ryzach i powoduje, że każdego dnia otwieram oczy i robię to co do mnie należy. Moje macierzyństwo to nieustanna walka z czasem, przeciwnościami losu, niedostosowaniem architektonicznym, ograniczamy wynikającymi z pierdół, które jak skumulują uprzykrzają ci bardzo mocno życie. Jeżeli wydaje Wam się, że dzięki blogowi znacie mnie na wskroś uprzejmie donoszę, że dzielę się tylko ułamkiem swojego życia. Skromnym wycinkiem, które i tak może przytłaczać kogoś, kto jest wrażliwy lub nieodporny psychicznie.

Poczucie winy

Dziś jest dzień, w którym totalnie podporządkowałam się córkom. Zamiast porannej pracy podczas drzemki Mańki, wybrałam wspólną zabawę z Zuzą. Zamiast bajek spędziłam pół dnia na placu zabaw biegając za dwoma żywiołami. Zamiast usiąść i odpocząć smażyłam naleśniki na kolację. Żeby w konsekwencji doświadczyć ogromnej histerii starszej córki, bo tata za wcześnie zaproponował wyjście z wanny. Życie z trzylatką bywa frustrujące. Czasem mam ochotę by moja starsza córka miała już osiemnaście lat i dało się z nią jakoś dogadać. Czasem myślę, że to chujowe, gdy starasz się być dobrą, słuchającą i wspierającą matką, a to i tak nie działa.

Czasem mam tego wszystkiego dość i krzyczę tak głośno, że boje się, że zamkną mnie w wariatkowie. Innym razem mam ochotę pierdolnąć to wszystko i po prostu odejść. Zniknąć, zaszyć się, obudzić się w innym życiu, albo wcale.

Bardzo często wydaje mi się, że więcej już nie dam rady unieść, ale wtedy okazuje się, że jestem skazana na optymizm. Podnoszę się z kolan, wycieram rozmazany od łez tusz. Piję ciepłe mleko z miodem na zdarte gardło. Rozprostowuje zastygnięte kolana, uśmiecham się i marzę o tym, aby to wszystko co złe już się skończyło. Aby było stabilnie finansowo i aby nikt z rodziny nie chorował. Stabilnie, przewidywalnie i bezpiecznie. Kiedy się tego w końcu doczekam?

By | 2018-04-04T18:46:16+00:00 Kwiecień 4th, 2018|Categories: STYL ŻYCIA|0 Comments

About the Author:

Pisanie dla mniej jest czymś tak naturalnym jak oddychanie. Nie boję się rozmawiać o trudnych tematach, dlatego często z premedytacją wkładam przysłowiowy kij w mrowisko. Na co dzień jestem niepoprawną romantyczką szukającą inspiracji we wszystkim, co mnie otacza. Oznacza to, że idąc ze mną na spacer będziesz zmuszony kilkakrotnie się zatrzymywać, gdyż zwrócę uwagę na najmniejszy detal, drobiazg, rzecz którą ty każdego dnia mijasz obojętnie. Prywatnie jestem spełnioną żoną, nieco zwariowana mamą i miłośniczka kotów (szczęśliwa posiadaczką pary Hektora i Hery imiona zostały nadane z miłości do antyku). Gości przyjmuję z otwartymi ramionami i pełną lodówką. Musisz wiedzieć, że moja sportowa przeszłość (13 lat uprawiania judo) ukształtowało mój charakter dzięki czemu mimo rozbrykanej duszy twardo stąpam po ziemi.