Zdaje sobie sprawę jak to brzmi. Uciec od własnego dziecka to coś, co od dłuższego czasu kiełkowało w mojej głowie. I jak źle by to nie zabrzmiało, jak kiepsko by to o mnie nie świadczyło, jestem szczęśliwa, że się na to zdecydowałam. Ucieczka od własnego dziecka, to coś co może okazać się bardzo ważną lekcją na drodze do szczęśliwego macierzyństwa.

Nie oceniaj

Nie wiem czy dasz radę tego nie robić, ale postaraj się chociaż przeczytać, to co mam ci do powiedzenia do końca. Wcześniej (to znaczy na długo przed tym jak zostałam matką, a już na pewno na długo przed tym jak zostałam podwójną matką rok, po roku) sądziłam, że tylko kobiety słabe, histeryczne i niedojrzałe pragną uciec od własnego dziecka. Jak zawsze życie szybciej zweryfikowało moje poglądy, niż mogło by się wydawać. Dwa dni temu minęło dokładnie 22 miesiące od kiedy Zuza pojawiła się na świecie. To również równo 4 miesiace od kiedy Mańka jest już z nami. W tym czasie z Zuzą rozstałam się tylko raz – na czas porodu i pobyt w szpitalu z nowonarodzoną córką. W ciągu tych dwóch lat, nie rozstałam się z Zuzą na dłużej niż trzy godziny (początkowo dyktowało to karmienie piersią i niechęcią małej do butelki, smoka, słowem czegokolwiek innego niż mamina pierś). Później zbyt długa nieobecność mamy powodowała po prostu histerię, ataki złości i inne dziecięce przejawy niezadowolenia.

 

Rozwój dziecka

 

Niedawno pisałam na Facebooku, że rozwój dziecka zawsze jest odkupiony łzami, krzykiem i masą emocji, z którymi wielokrotnie nie tylko trudno sobie poradzić dziecku, ale również rodzicom. Matka, która jest ze swoim dzieckiem codziennie i znosi wszystkie nastroje dziecka, chłonie niczym gąbka: frustracje, niezadowolenie, płacz, krzyk, niemoc. Nie należę do grona matek, która ubolewa nad swoim losem, co to to nie, ale naprawdę w ciągu ostaniach trzech miesięcy nie tylko dowiedziałam się co to sławna “zimna kawa”, ale również brak snu, brak jedzenia, brak chwili oddechu, brak sekundy sam na sam bez krzyku i histerii mojego starszego dziecka.

 

 

Macierzyństwo mnie przerosło

 

Taka myśl towarzyszyła mi nieustannie od kilku tygodni. Miałam serdecznie dość chaosu nad którym nie potrafiłam zapanować. Wcześniej kpiłam ze znerwicowanych matek, którym przeszkadzają rozrzucone klocki, brudna buzia dziecka, czy hałas. Uśmiechnęłam się kpiącą do swoich gorzkich myśli. Jak łatwo było mi oceniać inne matki, kiedy jeszcze sama nie doświadczyłam tego Armagedonu. I tak, powiem to: miałam serdecznie dość: wiecznego bajzlu (mimo, że sprzątałam nieustannie od świtu do nocy), wiecznego krzyku Zuzy (od 6 rano do 20), niewyspania, braku czasu na beztroskie chwile z Marysią (cud, że to dziecko jest takie radosne i bezproblemowe w tym domu wariatów), bycia sam na sam z mężem, bycia sama na sam ze sobą. Myślałam, że jeszcze pięć minut i chyba zwariuję.

 

Królowa Chłodu to ja

 

Początkowo ignorowałam wszelkie przejawy przemęczenia i tłumaczyłam sobie, że to chwilowe. W końcu zdawałam sobie, że rozwój dziecka, szczególnie na etapie 2 roku życia, to bunt, budowanie autonomii, histerie i inne dantejskie sceny. Zazdrościłam Zuzi umiejętności “zapominania” o ataku złości i w przeciągu kilku minut z poziomu histerii na skalę zagrożenia nuklearnego, swobodnego przejścia do poziomu – popatrzcie jaką słodka dziewczynką jestem i tulę kotka. Czyste szaleństwo, totalny obłęd – w moim przypadku złość, frustracja i niemoc nie mijały tak szybko, czułam że powoli zaczynam nie lubić własnego dziecka, nie mam ochoty z nim przebywać i marzę o tym, żeby po prostu uciec.

 

 

Chciałam odejść od rodziny

 

Tydzień temu rozważałam zakup biletu na Maderę, spakowanie się i ucieczkę od rodziny. Jedyne co mnie powstrzymało to fakt, że Mańka nie ma wyrobionego paszportu… Codzienna rutyna i “dorastanie” mojego dziecka mnie przerosło. Mimo tego, że mój mąż przed i po pracą zajmuje się dziećmi, mimo że sprząta, gotuje, robi pranie i zakupy, mimo że jest, okazało się że jego wsparcie to za mało. Marzyłam o tym, aby przespać jedną noc bez wycia, krzyków jakby obdzierali ją ze skóry. Pragnęłam wypić w spokoju kawę, zjeść śniadanie – sama, bez ciągłego wdrapywania się na kolana. Chciałam spokojnie nakarmić Mańkę, bez konieczności druga ręką asekurowania wspinającej się po mnie Zuzi i znoszenia mruczącego kota, który ugniata mi kolana…

 

Pękłam psychicznie, rozwaliłam się na miliard malutkich kawałeczków

 

Moja frustracja rosła wprost proporcjonalnie do codziennych ataków histerii Zuzi. Uprzedzę twoje pytanie: byłam u pediatry, psychologa i wszystko jest okej – po prostu nasze dziecko “ma temperament”. Miarka się przebrała, kiedy po mega trudnym weekendzie, gdzie dziecko zaczęło odmawiać popołudniowej drzemki (i w konsekwencji ze zmęczenia dokazywać sto razy mocniej). Poniedziałek zaczął się u nas o 6 rano, standardowo od płaczu i jęków Zuzy. Dzień jak co dzień, znów wstała wściekła. Błędne koło, bo nawet jeśli mąż się poświęca i wstaje do niej rano, to ja z Mańką jestem budzona wiskiem, który słychać w całej kamienicy. W konsekwencji i ja i Mania jesteśmy niewyspane na dzień dobry (jaki miły początek dnia). Zuza dokazywała od 6 rano do 8 non stop. Krzyk, bo trzeba zmienić pieluchę. Wrzask, bo trzeba przebrać się z piżamki. Darcie japy na całego, bo trzeba umyć buzię i rączki (o ząbkach już nie wspominam) po śniadaniu. Syrena alarmowa na całe gardło, bo klocek jej nie pasuje i walczy z budowaniem wieży. Darcie się bez opamiętania, bo kot przeszedł po macie, na której ona bawi się lalką! Kulminacja wrzasku, bo mąż wyszedł do pracy. O godzinie 8.00 mąż wyszedł do pracy. Dokładnie osiem minut później zadzwoniłam do niego i wykrzyczałam, żeby wziął urlop na żądanie i wrócił do domu. Czułam, że nie panuję nad sobą i boję się, że zrobię krzywdę własnemu dziecku.

 

Patologiczna matka?

 

Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek w życiu była tak roztrzęsiona. To nie była złość, to nie było wkurwienie, ja po prostu miałam ochotę utłuc własne dziecko. Pękłam psychicznie, przestraszyłam się i zadzwoniłam do męża. Możesz myśleć o mnie źle, nie dbam o to, wiem że takich matek jak ja jest całe grono. Matek zaangażowanych, matek kochających, matek niewyspanych, matek przemęczonych, matek samotnych, matek bez wsparcia, matek które prócz dzieci mają ambicje być sobą, matek które tęsknią za autonomią, matek które mimo miłości i wsparcia partnera, po prostu najzwyczajniej w świecie nie dają czasem rady.

 

Uciekłam od własnego dziecka

 

I jestem z tego dumna! W chwili, gdy czytasz ten tekst jestem już daleko stąd. Spakowałam walizkę, zabrałam Mańkę i męża, i odpoczywam, gdzieś z dala od Warszawy. Dojrzewałam do tej decyzji długo i odważyłam się poprosić o pomoc babcię Zuzi. Najprawdopodobniej piję teraz kawkę, albo siedzę w szlafroku i oglądam kolejny sezon “Przyjaciół”. Nie robię nic specjalnego: spaceruję, leżę, czytam książkę, śmieję się do Mańki, może robię sobie długą kąpiel z bąbelkami? Marzyłam o oddechu, o jednym dniu bez wrzasku, o dniu kiedy wita mnie śmiech dziecka, mąż bez stresu je ze mną śniadanie, a ja mam czas zrobić w spokoju i samotności poranne siusiu. Nie wiem, czy jesteś w stanie zrozumieć ile kosztowała mnie ta decyzja? Byłam rozdarta, czy robię dobrze zostawiając jedno dziecko w domu. Wiem jedno – wybrałam mniejsze zło, bo w mojej głowie znów bębni taka myśl, którą do znudzenia powtarza każda stewardesa tuż przed lotem: “Najpierw matka nakłada maskę z tlenem, dopiero potem ma szansę uratować dziecko”.

 

 

*****

To jednak jest cudne, że mama przytuli i troski znikają.

  • Monika Szwaja, Artystka wędrowna