Odchodząc.

//Odchodząc.

Znamy się już trochę i myślę, że mogę z wami się podzielić pewnymi istotnymi przemyśleniami. Dziś mija dokładnie trzeci rok od kiedy moja Mama nie żyje. Nie mam zamiaru smęcić i oddawać się depresyjnym rytuałom, co to to nie. Teraz opowiem wam o mojej życiowej rewolucji, nowym życiu oraz bilansie zysków i strat po tych trzech latach.

Moje życie się skończyło

Taka myśl towarzyszyła mi w chwili, gdy ratownik medyczny spojrzał na zegarek i powiedział dobitnie: czas zgonu godz. 15.45. Sam moment śmierci Mamy pamiętam bardzo dobrze, choć wielokrotnie starałam się go w sobie zagłuszyć, wyprzeć, zapomnieć nie da się i pewnie nigdy nie uda tego zrobić.

Paradoksalnie w momencie odejścia Mamy bardzo mocno poczułam, że żyję. Szare popołudnie, mżawka, delikatne jesienne promienie słońca, próbujące przebić się przez zachmurzone niebo. Ostry wiatr i poczucie zimna, które nie znika mimo koca, kubka herbaty i proszków uspakajających, tak odczuwa się śmierć bliskich.

Rozliczenie z przeszłością

Może to zabrzmi dziwnie, ale w chwili, gdy zabrakło mojej Rodzicielki, poczułam pewną ulgę i poczucie wolności. Poczułam, że najwyższy czas uporać się z przeszłością, zamknąć wszystkie sprawy, uporządkować swoje życie i odciąć się od patologii, którą jest moja rodzina.

Nie wiem jak inni radzą sobie z żałobą, ale ja sobie totalnie nie radziłam. Tuż po powrocie z uroczystości i stypy zajęłam się porządkowaniem rzeczy Mamy. Ciuchy, rzeczy osobiste, dokumenty. Wszystko zostało uporządkowane i wyrzucone. Wiedziałam, że muszę to zrobić od razu, bo później nie będę dala rady. Najbardziej boli złudzenie i nadzieja, że jednak wróci ze sklepu bo na chwilę wyszła…

Mimo bycia najmłodszą w rodzinie i jedyną kobietą, dopięłam wszelkich formalności na ostami guzik. ZUS, PZU, Zakład pracy, Dom pogrzebowy, Banki, Pogotowie, Przychodnia rodzinna i wiele innych rzeczy, ogarniałam jedno po drugim jak w transie. Wysprzątałam mieszkanie, ustabilizowałam sytuację domową, podzielam obowiązki między ojca i brata i zajęłam się trzecim kierunkiem studiów oraz prawo jazdy.

Zająć czymś myśli

Nie potrafiłam ryczeć, użalać się nad sobą, po prostu byłam zła. Zła na cały świat, że po raz kolejny to właśnie mi najgorsze rzeczy świata się przytrafiają. Dlaczego właśnie ja?! Myślałam i czułam frustrację. Zbawienne okazało się zajęcie myśli nauką, prawkiem i sportem. Codzienne wizyty w fitness klubie okazało się strzałem w dziesiątkę, można było odetchnąć.

Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie

Od razu mogę powiedzieć, że ta stara mądrość ludowa w moim przypadku sprawdziła się, aż nadto. Przyjaciółka od kołyski nawaliła po całej linii, unikała mnie, traktowała jak trędowatą. Przyjaciel z ogólniaka podobnie, jakby od samej rozmowy o śmierci Mamy można było się zarazić i samemu umrzeć. Nie chciałam taryfy ulgowej, ani traktowania mnie jak jajko. Nic z tych rzeczy, potrzebowałam normalności, poczucia, że jest jakiś znajomy grunt pod nogami. Na szczęście ukojenie znalazłam w dwóch innych osobach, koleżance która zawsze chętnie poszła razem poćwiczyć i kumplu, z którym wylałam hektolitry potu przez lata trenując na wspólnej macie. Taki obrót sprawy totalnie mnie zaskoczył, ale okazało się nie ważne „kto”, ważne „jak” cię wspiera.

Życiowa rewolucja

Nie całe trzy miesiące po pogrzebie przeprowadziłam się do Warszawy, tak naprawdę jadąc w ślad za Ukochanym. Była to najlepsza decyzja w moim życiu. W tym momencie wszystko się wyklarowało: kto mnie kocha, kto lubi, kto jest przyjacielem, a kto go tylko udaje. Intencje rodziny również wyszły jak przysłowiowe szydło z worka.

Niespełna po miesiącu od przeprowadzki zostałam brutalnie wyrwana ze złudzeń o tym, że mam rodzinę, prawdziwych przyjaciół i jestem więcej warta niż zeszłoroczny śnieg. Do wora życiowych tragedii dostałam kolejne silne doświadczenia. Wydaje mi się, że w owym czasie w moim depresyjnym stanie nie docierało do mnie to, aż tak dobitnie.

Bezpieczny schemat

Pierwsze dni w stolicy mnie przerażały: sama w wielki, obcym, mieście, bez pracy, znajomych i z małą ilością oszczędności. Liczyło się tylko to, żeby każdy dzień jakoś minął. Pracowałam w domu, miałam trochę zajęć na uczelni i to były jedyne powody, dla których brałam prysznic, wstawałam z łózka i jakoś funkcjonowałam.

Przed Ukochanym starałam się zachowywać normalnie, ale tak naprawdę wszystko było mi jedno. Co jem, co robię, jak wyglądam. Totalna apatia.Podróż autobusem do galerii bez Ukochanego była poza zasięgiem moich możliwości. To chyba najlepiej opisuje mój stan. Bezsenność lub koszmary, kołatania serca, napady duszności, wszystkie fizyczne aspekty towarzyszyły mi jeszcze długo po śmierci Mamy.

Wyjść do ludzi

W czerwcu, po przerwie od uczelni i niecały rok po śmierci Mamy zapragnęłam towarzystwa. Znów zaczęłam dostrzegać słońce, cieszyć się drobnostkami i wierzyć, że moje nowe życie może być fajne. Poszłam na bezpłatny staż, żeby zdobyć doświadczenie w pracy. Poznałam nowych ludzi, zaczęłam pierwszą poważną pracę, w normalnych, cywilizowanych warunkach. Jednym słowem na dobre zapuściłam korzenie w Warszawie.

Bilans zysków i strat

W momencie znalezienie pracy, darowałam sobie uczelnię, został mi rok, ale mam już pełne wykształcenie wyższe, więc w zasadzie kolejny kierunek niczego nie zmienia w mojej sytuacji zawodowej. Prawo jazdy po trzech próbach zawalenia egzaminu praktycznego poszło w odstawkę i czeka na bardziej sprzyjającą aurę.

Przyjaciele i znajomi? Więcej osób ode mnie odeszło, niż tego się spodziewałam. Nie z powodu mojego braku zaangażowania, odległości, czy na przykład problemów z czasem. Mam wrażenie, że pewni ludzie się wypalili, skończyli i są martwi jeszcze za życia. Wiecie, takie trupy, wampiry energetyczne, które w momencie kiedy wychodzisz na prostą opuszczają cię, bo nie mogą znieść twojego szczęścia.

Zyski: nowe życie i nowa JA

W Warszawie odnalazłam siebie. Artystyczną duszę, niepoprawną optymistkę, „Kołcz Życia”. W ciągu trzech lat rozwinęłam się zawodowo, założyłam bloga, oraz NAJWAŻNIEJSZE: mam świetnego męża i niesamowitą córeczkę. Musicie przyznać, że jak na tak krótki czas, nieźle mi poszło?

Odchodząc.

Śmierć mojej Mamy: to mój koniec i początek. Koniec dawnego, pełnego bólu i kompromisów życia. Początek szczęścia, odzyskania panowania nad własnym losem. Stara Anka u-m-a-r-ł-a. Narodziłam się nowa JA – Anna.

Zdecydowanie coraz częściej czuję się Anną, kobietą, a nie dziewczynką. Świadomą swoich zalet i wad. Wiedzącą czego chce, co może, czego pragnie, a wierzcie mi, że mogę i potrafię osiągnąć naprawdę wiele.

 11311439_915881261815481_1321896135_n.jpg

**********

„Odchodząc, pamiętaj żeby ostatni raz spojrzeć za siebie i niczego nie żałować. Jutro nadchodzi nowe jutro. Lepsza Ty.”

– Nieidealnaanna

By | 2016-11-23T21:05:54+00:00 Wrzesień 7th, 2015|Categories: LIFESTYLE|Tags: , , , , , , , |35 komentarzy

About the Author:

Pisanie dla mniej jest czymś tak naturalnym jak oddychanie. Nie boję się rozmawiać o trudnych tematach, dlatego często z premedytacją wkładam przysłowiowy kij w mrowisko. Na co dzień jestem niepoprawną romantyczką szukającą inspiracji we wszystkim, co mnie otacza. Oznacza to, że idąc ze mną na spacer będziesz zmuszony kilkakrotnie się zatrzymywać, gdyż zwrócę uwagę na najmniejszy detal, drobiazg, rzecz którą ty każdego dnia mijasz obojętnie. Prywatnie jestem spełnioną żoną, nieco zwariowana mamą i miłośniczka kotów (szczęśliwa posiadaczką pary Hektora i Hery imiona zostały nadane z miłości do antyku). Gości przyjmuję z otwartymi ramionami i pełną lodówką. Musisz wiedzieć, że moja sportowa przeszłość (13 lat uprawiania judo) ukształtowało mój charakter dzięki czemu mimo rozbrykanej duszy twardo stąpam po ziemi.