Noworoczna petarda

//Noworoczna petarda

Jestem petardą, taką zajebistą, iskrzącą niczym gwiazda, głośną jak tłum nastolatek na koncercie ukochanej grupy rockowej. Czuję, że zaraz wybuchnę, skończę swój byt, rozlecę się na milion drobniutkich kawałeczków, zostanie po mnie pył, kurz, niewiele. W najlepszych okolicznościach będę miała swoje przysłowiowe pięć minut, godne blasku i chwały. Być może zachwycę tłumy, a jeśli coś pójdzie nie tak, oderwę jakiemuś pijanemu gnojkowi kciuka, albo jak będzie bardzo, bardzo źle to jakieś niewinne, bogu ducha winne dziecko zostanie przeze mnie oszpecone, okaleczone – bo ktoś nie sprawdził co robi w ten piękny sylwestrowy dzień. Jestem fajerwerkiem, takim palącym, głośnym i nienawidzę się za to, że straszę niewinne cztery łapy, które przeze mnie w ten dzień umierają ze strachu, przez każdą sekundę huku.

Petarda w nowomowie

Mianem petardy określa się najczęściej kobietę, której wizerunek uchodzi za obłędny, zajebistym, mega, czadowy itd. Czy na pewno jestem petardą? Dla męża na pewno, nawet bez makijażu z kołtunem na głowie i w pidżamie w sówki… W sumie wybuchowy charakter idealnie pasuje do petardy w ogóle. Jak się złoszczę to chyba nie kurwiki, ale małe języczki ognia piekielnego pojawiają się w moich wielkich oczach. Także jakby nie patrzeć, coś z fajerwerków w sobie mam. A gdyby wziąć pod uwagę to, że lubię być w centrum zainteresowania (choć nie zawsze), że w ogóle siebie lubię, mimo tylu tych wad, że lubię siebie oglądać, patrzeć na siebie, utrwalać na fotografiach (nie mylić z narcyzmem), że widzę w sobie jakiś taki blask? A może ogień, czy też światło, to mogłabym chyba tą petardą się nazwać?

Noworoczna jatka

Na blogu nie będzie żadnego podsumowania zeszłego roku – co tu podsumowywać, skoro moje życie jest fajne, rok był niezły, a ja czuję się wyśmienicie. Nie będę was, a raczej przede wszystkim siebie oszukiwała, że mam w zanadrzu jakieś tam postanowienia – bo nie mam. A nie przepraszam, mam jedno bardzo ważne postanowienie noworoczne: żadnych postanowień. Mój mąż skwitował to krótko: fajnie – nie będzie rozczarowań. Czujecie to? Jest moc, to takie prawdziwe. Jako blogerka powinnam nadążać za trendami i  odrabiać blogową pańszczyznę, ale nie będę tu was czarować, że mnie to interesuje.

W tym miejscu mam taki malutki apel do świata, a raczej do tych, którzy tu zajrzą: odpuście sobie wszystko. Serio, po prostu bądźcie sobą, bez kompleksów, bez wyimaginowanych ambicji, bez porównywania się do innych, bez rozdrabniania na części. Bądźcie, czujcie i żyjcie każdą chwilą tak jakby jutra nie było. Nie jakieś górnolotne przesłanie, nie nic z tych rzeczy. Chodzi po prostu o to, by w końcu odpuścić sobie wszystkie winy, niezrealizowane cele, marzenia i przyjąć do świadomości, że nie jest się i nie będzie idealnym.

Po drugiej stronie „lustra”

Dlatego nie będę wam w tym roku życzyła bzdurnych i ambitnych celów. Nie będę urządzała motywacyjnych gadek, czy też nawoływała to rewolucji życiowej. Za to podzielę się z wami moimi przemyśleniami na temat zaakceptowania własnych wad. Nie będę nigdy tak szczupła jak Ewa Chodakowska, mimo że czasami w mojej chorej głowie pojawiają się takie myśli… Nie będę takim fitświrem, bo ja ćwiczę tylko dlatego, że lubię – nic więcej. A, że i lubię jeść, gotować i czarować w mojej kuchni, to umówmy się: cudów się nie spodziewam. Bo naprawdę kocham ten moment, gdy mam kawę i coś słodkiego do niej – celebruję tą chwile i nie ma dla mnie to znaczenia, czy kawa jest na wynos w domu, czy u koleżanki. Czy w asyście mam bułę z makiem, ciacho, owsiany baton czy coś innego – po prostu kocham to: kawa i coś słodkiego…. Moje życie nie będzie lepsze jak będę ważyła 15 kilogramów mniej w imię zrezygnowania z tego, co naprawdę jest moim „małym odlotem”.

English is easy

Mój angielski – temat rzeka: czytam, mówię i niby rozumiem, ale nie tyle i nie tak jakbym tego chciała. Za każdym razem co roku, obiecywalam sobie – że tym razem opanuję go perfect. I co? Nic, nie chciało mi się wkuwać słówek, bo taki system mnie nudzi… Postanowiłam się tym nie przejmować i czatuję sobie z obcokrajowcami online – cóż, może nie są to moje wyżyny językowe, ale grunt że mam stały kontakt z angielskim. Nie będę się za to katować, że muszę coś sprawdzać w google translate lub pytać męża o znaczenie słówka, no taka ciapa jestem z tym angielskim.

Rozwój, rozwój, aż się zwiniesz w sobie

Sidła perfekcjonizmu do niedawna zaczęły zaciskać się na mojej krtani coraz mocniej, na tyle mocno, bym traciła oddech, poczucie gruntu pod nogami i zaczęła miewać ataki paniki. Bo niby jak to tak można marnotrawić czas na odpoczynku, nic nie robieniu, myśleniu o przysłowiowych niebieskich migdałach? Okazuje się, że można, ba nawet trzeba i jest to bardzo relaksujące i ciekawe doznanie. Jako DDA byłam ciągle w ruchu, manii samodoskonalenia. Zuza śpi, to koniecznie czytaj, cokolwiek oby czytać, masz godzinę czasu – to pisz, w ramach zasady: ćwiczenia warsztatu. A do tego wolna chwila to jakiś trening bo jak to tak bez ruchu?! I moja spirala pracoholizmu, czy też autodoskonalenia poziom, level hardkor po woli zaczęła mnie rujnować psychicznie i fizycznie. Odpuściłam i żyję, nadal.

Tradycja jest dobra

Musiałam naprawdę dużo „gleb” zaliczyć, zaryć czołem o ziemię, żeby ta blond  czupryna zaczaiła jedno: zwolnij. No to zwalniam. Wracam do źródeł. Tradycyjne wartości okazują się dobre, są najlepsze: zatem rodzina. Czas z rodziną to mój największy dar, cel sam w sobie. Nieważne, czy to taczanie się po podłodze z Zuzą, czy to Sylwester w szlafrokach z mężem, a może nawet sobotnie porządki – nie szkodzi. Rutyna i poczucie, że świat się nie zawali jak nie będziesz idealna to naprawdę dużo, właśnie to daje mi poczucie bezpieczeństwa.

Ten rok to będzie petarda! Nie ma oglądania się w bolesną przeszłość. Nie będę rozpamiętywać dawnych trosk. Koniec z analizowaniem, dlaczego ktoś coś zrobił, albo nie zrobił – to on ma problem, a nie ja. Wracam na właściwe tory. Mam zamiar dostrzegać jak zmienia się przyroda. Dostrzegać wszystkie kolory, zapachy i temperatury nadchodzących pór roków. Dzień ma być dniem, a noc, nocą w której się śpi, uprawia seks lub opiekuje ząbkującym dzieckiem. To jak, zaczynasz rok ze mną na pełnej petardzie?

*******

„Wszyscy jesteśmy jak fajerwerki. Wspinamy się, błyszczymy

i zawsze chodzimy własnymi drogami, by odseparować się od innych.

Ale nawet jeśli nasz czas nadejdzie, to nie znikajmy jak fajerwerk,

lecz świećmy nadal. By lśnić zawsze.”
– Toshiro Hitsugaya „Bleach”

About the Author:

Pisanie dla mniej jest czymś tak naturalnym jak oddychanie. Nie boję się rozmawiać o trudnych tematach, dlatego często z premedytacją wkładam przysłowiowy kij w mrowisko. Na co dzień jestem niepoprawną romantyczką szukającą inspiracji we wszystkim, co mnie otacza. Oznacza to, że idąc ze mną na spacer będziesz zmuszony kilkakrotnie się zatrzymywać, gdyż zwrócę uwagę na najmniejszy detal, drobiazg, rzecz którą ty każdego dnia mijasz obojętnie. Prywatnie jestem spełnioną żoną, nieco zwariowana mamą i miłośniczka kotów (szczęśliwa posiadaczką pary Hektora i Hery imiona zostały nadane z miłości do antyku). Gości przyjmuję z otwartymi ramionami i pełną lodówką. Musisz wiedzieć, że moja sportowa przeszłość (13 lat uprawiania judo) ukształtowało mój charakter dzięki czemu mimo rozbrykanej duszy twardo stąpam po ziemi.