STYL ŻYCIA

Moim największym kompleksem nie jest waga, a …

Śmierć bliskiej osoby wyzwala w nas masę rozmaitych emocji. Aby pogodzić się ze  stratą, potrzebne jest przeżycie żałoby. W ujęciu psychologicznym mówi się o różnych etapach żałoby. Należy rozumieć to jako proces, który ma na celu pomóc nam oswoić się ze śmiercią kogoś, kto był dla nas istotny. W moim subiektywnym odczuciu, jedyne co jest potrzebne wszystkim osobom które kogoś straciły, to czas. Wszystko inne jest bardzo różne, w zależności od człowieka, ktoś będzie przechodził proces żałoby długo, ktoś inny szybko. Jedna osoba będzie doświadczała amplitudy emocji, tych dobrych i złych. Ktoś inny nie będzie odczuwał zmiany nastroju, poukłada to sobie na swój sposób, w samotności i bez życiowych rewolucji. Nie ma znaczenia, do którego grona osób należysz. Śmierć jest nieodłącznym elementem naszego życia. Zgadzam się ze stwierdzeniem, że to jedyna pewna rzecz na tym świecie. Dlatego warto oswajać się z jej tematem. Nawet jeśli żyjąc w obecnych czasach wmawia się nam, że jesteśmy nieśmiertelni i czeka nas długowieczność.

Czas wcale nie leczy ran

Sześć lat temu pochowałam mamę, która zmarła nagle. Z perspektywy czasu wiem, że czas wcale nie leczy ran, co najwyżej nieco je zabliźnia. Czas jest potrzebny na to, aby zaakceptować fakt, że nasza bliska osoba odeszła i wszystko co było z nią związane jest już bardzo odległe i nieistotne. Z własnego doświadczenia wiem, że każdą żałobę przechodzi się po prostu inaczej. Na to jak przejdziemy proces opłakiwania straty wpływa masa czynników. Nie czuję się upoważniona by oceniać istotność tego, co determinuje jak znosimy żałobę, mogę tylko podzielić się własnym doświadczeniem. W przypadku odejścia mamy, miałam poczucie, że mój świat się zawalił. Nic dziwnego, skoro mama nie chorowała, odeszła z dnia na dzień, bez żadnego sygnału. Miałam 23 lata, czekałam na obronę magistra, nie miałam pojęcia co będzie ze mną dalej.

Śmierć matki, jako nowy etap życia

Rok, w którym pochowałam mamę był dla mnie bardzo trudnym rokiem. W ciągu kilku miesięcy nazbierało się kilka intensywnych przeżyć. Przestałam trenować judo, po 13 latach treningów. Wyprowadziłam się z domu rodzinnego na stancję. Dowiedziałam się o tym, że choruję na Hashimoto. Zostawił mnie chłopak po kilku latach związku. Zaczęłam się spotykać z nowym chłopakiem, który dziś jest Wam dobrze znany, ponieważ jest moim mężem. Po śmierci mamy czekała na mnie jeszcze obrona pracy dyplomowej, przeprowadzka do Warszawy oraz przyśpieszony kurs dorastania. W tym samym czasie poczułam boleśnie i dosadnie ile znaczą moje przyjaźnie na śmierć i życie. Można powiedzieć, że był to przełomowy okres w moim życiu, kiedy postawiłam na jedną kartę i odchodząc z Białegostoku, powędrowałam nie tylko do Warszawy, ale w kierunku własnego, samodzielnego i szczęśliwego życia u boku miłości Pana Nieidealnego.

Relacja kluczem do poukładania sobie życia

Cały czas odnoszę się do śmierci mojej mamy, ale dzisiejszy wpis powstał pod wpływem doświadczeń z minionego tygodnia, kiedy to przyszło mi pochować tatę. Wspomniałam, że na intensywność przeżywania żałoby wpływa wiele czynników. Uważam, że kluczowa jest tutaj relacja, którą mieliśmy ze zmarłą osobą. W przypadku mamy mogę powiedzieć, że była mi niezmiernie bliska. Była jedyną osobą na świecie, która wiedziała o mnie wszystko, nawet te złe, wstydliwe i paskudne rzeczy. Nie była ideałem, ale kochałam ją tak mocno jak każde dziecko kocha swoją matkę. Nauczyłam się od niej wiele. Nie znajduję odpowiedniej skali porównawczej, po prostu była dla mnie wszystkim. Uwielbiałam z nią spędzać czas i z tyłu głowy miałam strach, że ten nasz wspólnie spędzany czas jest ograniczony… Jeśli chodzi o relacje z tatą, sytuacja jest bardziej skomplikowana. Nie ma sensu wywlekania rodzinnych brudów, ale relacja z moim ojcem była trudna.

Ojciec, a nie kochany tatuś

Tata wyrządził mi i całej naszej rodzinie dużo krzywdy. Nie zagłębiając się w szczegóły mogę powiedzieć, że pochodzę z domu, w którym była masa problemów. Nie tylko z alkoholem, nie tylko z pieniędzmi, ale z przemocą (różnego typu) również. Mam za sobą bardzo duży i trudny bagaż rodzinny. Po śmierci mamy odcięłam się grubą kreską od tego co było. Stwierdziłam, że złość, gniew i inne przykre emocje nic już nie zmienią. Dlatego ponad sześć lat temu wybaczyłam tacie wszystkie złe rzeczy, które miały miejsce. W tym czasie nagromadziły się nowe problemy. Okazało się, że tata był człowiekiem, który mimo dostania kolejnej i jeszcze kolejnej szansy, bardzo utrudniał zbudowanie nowej, w miarę zadowalającej relacji. Tak naprawdę to wszystko jest bez znaczenia, bo nie da się zmienić przeszłości, nie da się zmusić kogoś do kochania siebie, nie da się przekonać, by ktoś spędzał z tobą czas, jeśli nie czuje wewnętrznie takiej potrzeby.

Strata ojca jest trudna, ale nie zburzyła mojego świata

Informacja o śmierci taty była dla mnie zaskoczeniem, ale nie szokiem. Tata chorował na cukrzycę, był po amputacji obydwu nóg i niestety nie prowadził zbyt zdrowego trybu życia. O moim ojcu można powiedzieć wiele gorzkich słów, ale osobiście nie mam takiej potrzeby. Jedyne czego sobie życzę, to tego aby ludzie nie wmawiali mi, że był aniołem, bo ja jako córka mam inne, bardziej bolesne doświadczenia. W chwili śmierci taty miałam 29 lat, męża, dwie córki, własne mieszkanie, oraz poukładane, ogólnie szczęśliwe życie. Nie mogę powiedzieć, że informacja o jego stracie mną nie wstrząsnęła. Jest to dla mnie bolesne i trudne doświadczenie, ale fakt, że mam już własną rodzinę, jestem starsza, doświadczona i żyłam bez poczucia winy i oczekiwań wobec ojca spowodowały, że żałobę po nim przeżywam na spokojnie. Inaczej było w przypadku mamy, której cząstkę noszę w sobie.

Zawsze warto dać drugą, piątą, a nawet setną szansę

Śmierć taty poniekąd wymusiła na mnie zrobienie rachunku sumienia. Tydzień przed śmiercią organizowałam trzecie urodziny córki. Ojciec był na nie zaproszony. Miał dojechać do Warszawy pociągiem wraz z moim teściem. Niestety nie dojechał. Na dzień przed urodzinami nie odbierał od nas telefonów. Dlaczego? Nie wiem, ale to doskonale obrazuje jakim człowiek był na co dzień – trudnym, skomplikowany, bardzo upartym. Poczułam lekki zawód, że ojciec po raz kolejny olał moje zaproszenie, ale można powiedzieć, że przez całe życie mocno do tego przywykłam. Starałam się żyć z nim w zgodzie, niczego nie wymagając, nie oczekując w zamian. Być, ale nie naciskać. Oczywiście było mi przykro, że po raz kolejny nikt z mojej rodziny nie pojawił się na urodzinach córki, ale stwierdziłam, że będzie okazja spotkać się na Wielkanoc.

Nie odkładaj rozmów na później, nie rezygnuj z niedopitych kaw z bliskimi

Teraz już pewnie rozumiecie, że dowiadując się tydzień później o nagłej śmierci taty nie było mi ławo. W pierwszym momencie poczułam wyrzuty sumienia, że mogłam być bardziej natrętna z telefonowaniem, że mogłam sobie nie odpuszczać. Ale prawda jest taka, że jak pierwsze emocje opadły uświadomiłam sobie jedno: nie da się zmusić kogoś do kochania i lubienia siebie. Nie miałam wpływu na to, aby ojciec chciał spędzać czas ze mną i z moją rodziną, ponieważ zrobiłam wszystko w swojej mocy, aby był częścią naszego życia. Zrobiłam tyle, ile człowiek po ludzku jest w stanie zrobić dla rodzica który był katem, tyranem i bólem codziennego istnienia. Po śmierci mamy wybaczyłam ojcu wszystko. Nie chciałam pamiętać złych rzeczy, ale niestety nadal pamiętam. Szczerze mówiąc to co działo się w naszym rodzinnym domu jakoś przebolałam. Najtrudniej jest mi pogodzić się z tym, że nie nigdy nie czułam się kochana, akceptowana i ważna. Moim największym kompleksem nie jest waga, ale brak miłości ze strony ojca. Jestem dorosłą kobietą, a nadal zmagam się z brakiem rodzicielskiej bliskości, miłości, oddania i poczucia, że jako córka byłam dla niego najważniejsza.

Żył pełnią życia, był egoistą

Mój dzisiejszy tekst jest bardzo osobisty, jest też bardzo szczery. Nie łatwo było być córka mojego ojca. Nasza relacja była trudna. Życie z moim tatą było skomplikowane. Świadomość tego, że dawniej wybierał alkohol, kolegów, kobiety i hazard zamiast własnej żony i rodziny nie była łatwa do zaakceptowania. Tata zrobił w swoim życiu wiele złego, ale poniósł też tego konsekwencje. Ostatnie sześć lat życia spędził jako inwalida. Poniekąd był ograniczony, żyjący w czterech ścianach, zależny od innych osób, które zrobią zakupy, posprzątają, pomogą przy prostych sytuacjach dnia codziennego. Inwalidztwo nie zabrało mu pogody ducha. Choroba nie odebrała mu apetytu na życie. W dalszym ciągu był bardzo towarzyski. Nie wylewał za kołnierz, podróżował, miał kochanki. Jego pokutą był fakt, że z czwórki dzieci na co dzień praktycznie nikt się nim nie interesował. O tym jakie prowadził życie, jakim był ojcem i człowiekiem niech świadczy fakt, że na pogrzebie nie było tłumów, zabrakło również jego dwóch synów. Nie wspominam o tym, aby kogoś zawstydzić, czy wypomnieć fakt nieobecności w ostatniej drodze. Chcę tylko wiernie oddać sytuację, która miała miejsce kilka dni temu.

Nie kochałeś mnie, ale ja tak nie potrafię

Pisanie o tym jakie miałam relacje w rodzinie może ktoś odebrać jako wielce niestosowne. Szczerze mówiąc nie dbam o to, bo tekst powstał z potrzeby serca, jest nieodłącznym elementem nie tylko żałoby, ale psychoterapii po doświadczeniach, które zgromadziłam w ciągu niespełna trzydziestu lat życia. Nie odbieram siebie jako osoby idealnej, bez skazy, która nie ma sobie nic do zarzucenia. Ale mimo wszystko ojca pochowałam z lekkim sercem, bez wyrzutów sumienia. Zaakceptowałam fakt, że ojciec nie kochał mnie tak, jako dziecko potrzebowałam. Nosze w sobie kompleks bycia niekochanym, zaniedbywanym, niedopatrywanym dzieckiem.  Zmierzyłam się z tym, że ojciec zamiast mnie, moich córek i męża wybierał wielokrotnie czas spędzony ze swoją „przyjaciółkę”. Owa „przyjaciółka” jest ode mnie młodsza, mieszka za granicą, ale dla mojego chorego ojca nie stanowiło to przeszkody. Nie chcę oceniać jego wyborów, mogę mówić tylko o moich odczuciach, o tym że nie jest lekko żyć ze świadomością, że ojciec wybiera wycieczkę do Norwegii, niż weekend z wnuczkami w Pruszkowie. To jedyna „ość” mojej żałoby, z która chcę się zmierzyć. Wszystko inne nie ma już znaczenia. Cieszę się, że wybaczyłam ojcu, zorganizowałam mu pogrzeb i mam w pamięci kilka dobrych chwil z ostatnich lat, które udało spędzić się nam razem. Tyle musi wystarczyć, bo nie chcę pamiętać tego co było złe…

1 KOMENTARZ

  1. Kurcze czasami jestem do tyłu z Twoimi tekstami Aniu ale nadrabiam. Wiesz co, niedługo mija 28 rocznica śmierci mojego ojca. Ja go nie pamiętam, nie znam, jedynie ze zdjęć. Jednak wiem, że też nie było lukru. Moja mama nie owijala w bawełnę. Zawsze pokazywała że nas kochał najmocniej, że świata za nami nie widział, jednak ich relacje nie były najlepsze i ojciec nie był aniołem i nie wiadomo jak wyglądałoby nasze życie gdyby był z nami. Za to jestem jej wdzięczna.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Pisanie dla mniej jest czymś tak naturalnym jak oddychanie. Nie boję się rozmawiać o trudnych tematach, dlatego często z premedytacją wkładam przysłowiowy kij w mrowisko. Na co dzień jestem niepoprawną romantyczką szukającą inspiracji we wszystkim, co mnie otacza. Oznacza to, że idąc ze mną na spacer będziesz zmuszony kilkakrotnie się zatrzymywać, gdyż zwrócę uwagę na najmniejszy detal, drobiazg, rzecz którą ty każdego dnia mijasz obojętnie. Prywatnie jestem spełnioną żoną, nieco zwariowana mamą i miłośniczka kotów (szczęśliwa posiadaczką pary Hektora i Hery imiona zostały nadane z miłości do antyku). Gości przyjmuję z otwartymi ramionami i pełną lodówką. Musisz wiedzieć, że moja sportowa przeszłość (13 lat uprawiania judo) ukształtowało mój charakter dzięki czemu mimo rozbrykanej duszy twardo stąpam po ziemi.