Między samotnością a absurdem – recenzja filmu W imię

//Między samotnością a absurdem – recenzja filmu W imię

W kinach od niedawna możemy obejrzeć nowe dziecko Małgorzaty Szumowskiej, a w zasadzie Małgośki, gdyż sama reżyserka właśnie tak o sobie mówi. Na początku warto wspomnieć o tym, że film ten cieszy się bardzo dobrą opinią krytyków i zyskał wiele przychylnych komentarzy wśród znawców kinematografii. Zaznaczę, że jak na przekorną osobę nigdy nie kieruje się ocenami innych, ani tymi przeczytanymi w prasie, ani zasłyszanymi, ani nawet recenzjami filmwebowiczów.

O tym co zadecydowało o moim wybraniu się do kina na „W imię” był przede wszystkim fakt, iż główny bohater filmu jest grany przez mojego ukochanego i genialnego Andrzeja Chyrę (przyznaję się otwarcie, że jestem Chyromaniaczką). Druga kwestia to sprawa, iż bardzo lubię wspierać nasz rodzimy przemysł filmowy, stad moja wycieczka do kina była jeszcze bardziej uzasadniona.

 

Tak zabawnie się złożyło, że film Małgośki zyskał całkiem darmową reklamę w świetle ostatnich wydarzeń medialnych związanych z aferą pedofilską w Kościele. Mimo tego, że historia nie opowiada wcale ani o pedofilach, ani o matactwach Kościoła, to ludzie upraszczając często te dwa wydarzenia łącza je w całość i nowa aferka medialno-kulturalna już gotowa. Wspomnę, iż opisując moje wrażenia po obejrzeniu filmu zahaczę nieraz o niektóre wątki fabuły. Wszystkich sympatyków kina gorąco zachęcam do poprzestania oglądania tego dzieła na 70 minucie, gdyż dalsze pozostawanie przed ekranem niestety grozi rozczarowaniem.

„W imię” to wcale nie jest film o pedalstwie, gejach, grzeszkach kleru i innych dewiacjach seksualnych z Kościołem Katolickim w tle. Dla mnie osobiście jest to film o samotności człowieka, który tak jak każdy z nas potrzebuje zrozumienia, miłości, tolerancji i akceptacji. Tak po ludzku, po prostu jest to historia księdza Adama (granego przez znakomitego Chyrę), który jest człowiekiem głębokiej wiary, do tego bardzo łatwo zjednuje sprzymierzeńców, oraz cieszy się dużą sympatią i zaufaniem również wśród trudnej młodzieży, której jest opiekunem. Cała akcja filmu toczy się w popegieerowskiej wsi, gdzie w wakacje organizowane jest ognisko dla trudnej młodzieży z poprawczaka. Pierwszym problemem sympatycznego klechy jest fakt, iż w owym ognisku przebywają jedynie chłopcy, samotni, zbuntowani, często niereformowalni.

Nie trzymając się chronologii wydarzeń pragnę zwrócić uwagę na bardzo mocny punkt tego filmu, mianowicie drugoplanową rolę Łukasza Simlata, który gra drugiego opiekuna chłopców. Aktor ten często niedoceniany w naszym kinie,
„W imię…” tworzy znakomita kreację, która całej historii dodaje jeszcze więcej drapieżności i sprawia, że opowiedziana fabuła wydaje się być bardziej prawdopodobną. Reżyserka nie wyjaśnia do końca kim jest owy Tomasz, w moich domysłach zdaje się być nauczycielem, pedagogiem, czy kimś podobnym.

Mocną stroną tego filmu bardzo realistyczne przedstawienie środowiska tak zwanej trudnej młodzieży. Szumowska bardzo dokładnie odzwierciedliła zwyczaje, zachowanie i zasady panujące w tej specyficznej grupie „młodych gniewnych”. Właśnie wątek chłopaków z poprawczaka dostarcza widzowi najwięcej powodów do śmiechu, zakłopotania i ogólnie wzbudza emocje. Mozaika zachowań i zwyczajów wychowanków poprawczaka wielokrotnie wprowadza widza w stan zakłopotania, osłupienie, a nawet zniesmaczenie co w rezultacie całemu filmowi dodaje kolorytu, smaku i wyrazistości.

W dalszym ciągu będę upierała się przy tym, iż film należy oglądać wyłącznie do siedemdziesiątej minuty, do charakterystycznej sceny, w której ksiądz Adam po wzruszającej i moim zdaniem najmocniejszej (i najlepszej sceny) w filmie uczestniczy w procesji. Właśnie w tym momencie, gdy postać kreowana przez Chyrę opowiada swojej siostrze po pijaku na Skypie o swoim życiu, w którym czuje się samotny, nieakceptowany i odrzucony, wg mnie powinien nastąpić koniec owej historii. To jak Chyra zagrał ten moment, gdy przyznaje się przed samym sobą do swojego „pedalstwa”, do braku akceptacji własnej odmienności i tęsknoty za zwykłym przytuleniem rozwaliło mnie prosto na łopatki. W owym momencie ryczałam oceanem łez, trzęsłam się jak osika i  pogotowie chusteczkowe było wielce wskazane. I tu po tym kulminacyjnym punkcie, po uzewnętrznieniu się głównego bohatera pojawia się piękna scena, w której uczestniczą wszyscy mieszkańcy wsi. Są to ludzie prości, ułomni, grzeszni, z wadami, różni, dalecy od ideałów ale mimo wszystko zjednoczeni wobec jednego, wielkiego człowieka, księdza Adama. Mi udało się w tym momencie odlecieć, przeżyć jakieś takie katharsis, wbić się na wyżyny refleksyjnych rozważań.

To co następuje później pozostawiam bez komentarza. Zakończenie niestety film psuje. Ale wracając do całej historii księdza Adama. Przez ponad połowę filmu widz utwierdza się w przekonaniu, że pierwszoplanowa postać jest wzorem do naśladowania, cieszy się autorytetem mieszkańców swojej parafii, do tego ma uznacie wśród zwierzchników Kościoła, oraz co najważniejsze potrafi dotrzeć do chłopaków z poprawczaka. Ten klecha to super gość, jest wspaniałym kompanem do gry w piłkę nożna, pije browary, pali papierosy, przeklina, ale jak trzeba spowiada i zachowuje się jak prawdziwy przyjaciel, starszy brat, a nawet ojciec. Równowaga emocjonalna głównego bohatera zostaje zachwiana w momencie, gdy nakrywa w ognisku dwóch swoich podopiecznych uprawiających „homoseksualną miłość”. Później bardzo szybko następuje po sobie zbieg niefortunnych wydarzeń. Jeden z chłopaków nie wytrzymuje presji, nie godząc się z własną orientacją popełnia samobójstwo. Co ciekawe, w tym samym czasie na jednym z miejscowych domów pojawia się napis oskarżający proboszcza o jawne „pedalstwo”. Czy śmierć młodego chłopaka i późniejsze wydarzenia łączy tajemnica księdza? Ziarno niepewności zostaje zasiane w widzu, ale nie oznacza to, że na to i inne pytania w tym filmie znajdziemy odpowiedź.

Celowo pominęłam pewien poboczny (a być może jednak główny) wątek opowieści „W imię”. Otóż ksiądz Adam od samego początku przyjaźni się z miejscowym outsiderem, którym jest niedorozwinięty umysłowo chłopak. W tej roli wystąpił młodziutki i przystojny Mateusz Kościukiewicz (swoją drogą mąż reżyserki). Przyglądając się bliżej temu niecodziennemu duetowi księdza i niepełnosprawnego, miałam mieszane uczucia. Niekiedy wydawało się, że Chyra się nim opiekuje niczym ojciec. Innym razem wyglądało na to, ze ci dwoje doskonale się rozumieją, kumplują i po prostu przyjaźnią. Ale w całym filmie nie brakuje też momentów  których klecha i chłopak, zerkają na siebie ukradkiem, przytulają lub patrzą głęboko w oczy, co sugerowało by, że jednak łączy ich coś więcej.

Wszystkich przeciwników Kościoła rozczaruję mówiąc, że to nie jest film o matactwach kleru, zamiataniu niewygodnych spraw po dywan, oraz nie jest to tez film ani o pedofilach, ani o gejach, ani o innych dewiantach seksualnych. Zwolenników mocnych wrażeń, nastawionych na ostre sceny rodem z porno odsyłam do redtuba, zapewne tam znajdziecie większą uciechę i podnietę niż w kinie… Osoby wrażliwe i szczególnie uduchowione mimo wszystko zachęcam do obejrzenia „W imię”, bowiem każdy w tym filmie znajdzie coś dla siebie. Historia naprawdę skłania do refleksji i porusza różne obszary naszego wnętrza, zatem warto! Osoby, które mają nadal wątpliwości, czy opłaca się ruszyć tyłek z domu i pomaszerować do kina przekonuję: tak warto, jednak upominam o zaprzestaniu na oglądaniu sceny z procesją w tle i tyle.

O kontrowersjach słów kilka, czyli o ostatniej scenie… Niestety, ale zakończenie filmu psuje całe wrażenie, jest szokowaniem na siłę. Dla mnie to kicz, daremność i dno. Nie zdradzę, co takiego się wydarza po siedemdziesiątej minucie filmu, jednak stwierdzam, że jest to alogiczne, nieścisłe i po prostu słabe.

Podsumowując, stwierdzam że film „W imię” wcale nie jest kontrowersyjny. Jest to historia samotnego, zagubionego człowieka, który próbuje uciec przed własna tożsamością. Główny bohater szuka zagłuszenia swojego instynktu pod zasłoną habitu i koloratki. Jeżeli reżyserka sprowadza tę historię do wyższości popędu seksualnego nad ludzką wrażliwością to naprawdę współczuję światopoglądu. Jeśli jednak była to pomyłka, potknięcie i próba szokowana za wszelką cenę to przymykam na to oko i wychodzę z kina po scenie procesji księdza Adama.

 

P.S. Największe kontrowersje w „W imię” wzbudza nie sam film, ale fakty związane z jego powstaniem. Otóż przepiękne zdjęcia do filmu zostały wykonane przez piekielnie zdolnego (co ciekawe byłego męża reżyserki) Michała Englerta. Po drugie kluczowy bohater tej historii został zagrany przez całe trzynaście lat młodszego męża Małgośki Szumowskiej (trzeba przyznać, że jak na polskie warunki tworzą dość oryginalny duet). Mocną stroną całej ekranizacji jest nietuzinkowość i ekscentryczność reżyserki, która w niebanalny sposób potrafi przenieść własne doświadczenia i emocje na duży ekran. Także, mimo wszystko gorąco zachęcam do obejrzenia filmu i polecam, bo warto!

***************

„Dobre aktorstwo w filmie jest wtedy, gdy go nie widać”

– Zygmunt Kałużyński

 

By | 2016-11-23T21:14:11+00:00 Październik 17th, 2013|Categories: KULTURA|Tags: , , , , , , , , , , , , , , |0 Comments

About the Author:

Pisanie dla mniej jest czymś tak naturalnym jak oddychanie. Nie boję się rozmawiać o trudnych tematach, dlatego często z premedytacją wkładam przysłowiowy kij w mrowisko. Na co dzień jestem niepoprawną romantyczką szukającą inspiracji we wszystkim, co mnie otacza. Oznacza to, że idąc ze mną na spacer będziesz zmuszony kilkakrotnie się zatrzymywać, gdyż zwrócę uwagę na najmniejszy detal, drobiazg, rzecz którą ty każdego dnia mijasz obojętnie. Prywatnie jestem spełnioną żoną, nieco zwariowana mamą i miłośniczka kotów (szczęśliwa posiadaczką pary Hektora i Hery imiona zostały nadane z miłości do antyku). Gości przyjmuję z otwartymi ramionami i pełną lodówką. Musisz wiedzieć, że moja sportowa przeszłość (13 lat uprawiania judo) ukształtowało mój charakter dzięki czemu mimo rozbrykanej duszy twardo stąpam po ziemi.