Książka? Uśmiecham się do czyichś wspomnień

//Książka? Uśmiecham się do czyichś wspomnień

Większość moli książkowy wyniosła miłość do czytania z domu, a ten wirus – zaszczepiony im w młodym wieku przez dziadków czy rodziców – nie dał się wytępić, więc przez te wszystkie lata rósł w siłę, wijąc sobie wygodne gniazdko. Oni czytają od zawsze, czego nie mogę powiedzieć o sobie…

A kysz, wirusie!

 

Chciałabym, ale nie potrafię sobie przypomnieć dzieciństwa z książką w ręku czy wieczorów z czytającym rodzicem u boku. Z rodzicem? Owszem, ale bez książki. Z sentymentem wspominam za to śpiewanie przy akompaniamencie gitary czy fascynujące wypady w nieznane, ale nie wspólne czytanie. Nie pamiętam też, żeby moi rodzice zasiadali w fotelu z nosem między kartkami, ale rozumiem, że mieli na głowie studia, dwoje małych dzieci i pracę, więc jakoś niespecjalnie mnie to dziwi, prawdę mówiąc – wcale.

Ludzie od zawsze byli dla mnie ważniejsi, a świat, odkąd pamiętam, intrygował. Na co komu fikcja, skoro rzeczywistość to wciąż zagadka i jedna wielka niewiadoma? Po co wciskać nos między kartki, kiedy można w tym czasie poskakać z kolegami po drzewach czy na skakance? Zdecydowanie nie byłam dzieckiem, które siedziało w domu, by przedzierać się przez kolejne literackie światy, ponieważ ten za oknem był priorytetem. Czytanie umieściłam w szufladce z etykietką „zło koniecznie”. Pokręcona ta dziecięca logika…

To nie tak, że nie miałam kontaktu z książką. Słuchałam opowieści z kaset magnetofonowych, przeglądałam mniej lub bardziej kolorowe książeczki, których w domu było pod dostatkiem (wspaniale sprawdzały się w roli budulca labiryntu dla świnki morskiej!), wypożyczałam nawet historie o dinozaurach i dalekich zakątkach świata, które pochłaniałam w międzyczasie. Miłości jednak nie było. Od czasu do czasu, w chorobie czy przy okazji szlabanu chwyciłam tę czy inną historię, ale dziś nie pamiętam żadnej z nich.

Nie czytałam lektur. Oj, jaka ja byłam zbuntowana! Trudno było mnie do czegokolwiek zmusić, więc rodzice nawet nie próbowali. Nie mieli też problemu z moim nieczytaniem, które w ogóle nie odbijało się na ocenach z języka polskiego – umiejętność słuchania i wyciągania wniosków z wypowiedzi innych oraz z ekranizacji opanowałam na poziomie mistrzowskim (chyba dzięki temu trafiłam potem na mat-info). Kiedy słyszę teraz o Akademii Pana Kleksa, Krzyżakach czy Ani z Zielonego Wzgórza uśmiecham się po prostu do czyichś wspomnień. Moje dzieciństwo pachniało inaczej – błotem, czereśniami, korą, trawą, gumą i skórą – zapach druku pojawiał się w nim przelotnie. Nie oznacza to jednak, że nie mam o tych wszystkich książkach zielonego pojęcia! Te historie dopadły mnie wiele lat później, kiedy stanęłam przed wyzwaniem: omówić je z moimi uczniami – nie było rady, ale wtedy już nie miałam oporów. To był mój wybór.

 

Coś pękło

 

W liceum uczyła mnie wspaniała polonistka (serio, bez ironii), która stwierdziła, że może coś jeszcze ze mnie będzie. Nie od razu, bo pierwsze trzy lata szkoły średniej obfitowały raczej w stwierdzenia, że „widocznie fajki wyżarły mi mózg” itp. Mimo całej charyzmy, jaką ta kobieta wkładała w nauczenie nas czegoś sensownego, nie czytałam. Co prawda nie było już tak kolorowo jak podstawówce, więc leciałam na czwórach, ale dawałam sobie radę. Sprawnie prześlizgiwałam się między treściami, skupiając się na innych – oczywiście ważniejszych – sprawach.

Wakacje przed czwartą klasą okazały się punktem zwrotnym w całym moim dotychczasowym życiu. Niesamowite, że jedna książka może zmienić praktycznie wszystko. Kiedy przeczytałam Medaliony Zofii Nałkowskiej, poczułam, że coś we mnie pękło… a może jednak jakiś element wskoczył na odpowiednie miejsce? Weszłam w świat tak dla mnie niepojęty i brutalny, że kompletnie nie potrafiłam się w nim odnaleźć, a wszystkie inne wydały mi się błahe. Tak potężnej dawki emocji – również tych niezwykle pozytywnych, które błyszczały wśród paskudztwa jak szlachetne perełki – wrażeń i refleksji nie doświadczyłam nigdy wcześniej. To mną wstrząsnęło, przepadłam. Przeprawa nie była łatwa – bolało i mdliło – a opowieść wdarła się we mnie z ogromną siłą. Uczucie niepokoju, fascynacja i potrzeba emocji sprawiły jednak, że chciałam więcej. Przeczytałam wszystkie lektury z okresu wojny i okupacji, które miałam wtedy pod ręką i każda z nich mogłaby być tą najważniejszą.

Potem poszło już lawinowo: narobiłam wszystkie zaległości (poza Nad Niemnem, z całym szacunkiem, ale bleee), kolejno odhaczając książki z listy lektur, w międzyczasie sięgnęłam po fantastykę (ukłon w stronę mojego chłopaka-teraz męża), a magiczne światy okazały się wspaniałą odskocznią od codzienności. Nienasycenie czytelnicze zaczęło towarzyszyć mi każdego dnia i nijak nie dało się przegonić – robal znalazł dziurę w całym. Maturę pisemną zdałam na szóstkę, a dorosłe życie postanowiłam związać z polonistyką, bo przecież tak bardzo kochałam czytać! Miałam jeszcze szansę, żeby się od tego odciąć, ponieważ dostałam się również na informatykę – może nawet lepiej bym na tym wyszła – ale… cóż.

 

Robal na wypasie

 

Teraz mogę śmiało stwierdzić, że jedna książka może wpłynąć na całe życie, chociaż gdybyście zapytali mnie o to kiedyś, uznałabym, że to totalna bzdura. Dziś rozmawiam o książkach, migam i piszę o nich na blogu, co chyba jest największym wyzwaniem, bo trudno mi czasem ubrać emocje płynące ze słów w nowe słowa. Czytam prawie codziennie, próbuję zarazić tym wirusem moje dziecko, zaszczepiłam rodzicom miłość do czytania, a nawracanie męża informatyka podarowałam sobie już jakiś czas temu. Tak, mój mąż nie czyta, ale nie przeszkadza nam to w codziennym pożyciu. Twierdzi, że mnie wspiera i kocha mimo wszystko. Czasem zapomnę o bułkach i wrócę do domu z torbą pełną książek (uwielbiam kosze z książkami!) i wiecie co? Cieszę się, że zaczęłam tak późno… Papieru wciąż przybywa, a mieszkanie nijak nie chce mi się rozciągnąć.

Książki są obecne w moim życiu, a jednak nie żyję nimi za dnia, bo po prostu nie mam na to czasu, więc czytam tylko nocą. Nie zrezygnowałam z rzeczywistości na rzecz tych wszystkich fikcyjnych światów i nigdy nie wybieram lektury zamiast człowieka. Może i jestem porąbana, bo pochłaniam historie niemal hurtowo, nie miewam książkowego kaca, zdarzy mi się zagiąć róg czy zalać książkę kawą (o, zgrozo!), nadal też buduję z książek labirynty dla świnki morskiej… Możliwe, że jestem barbarzyńcą, który kocha, ale z umiarem, jednak uważam, że książki są dla ludzi – nigdy odwrotnie. Zdarza mi się usłyszeć, że jestem no-lifem i Potem p. Teraz takie docinki już nie bolą, chociaż i do tego musiałam dojrzeć.

Usprawiedliwiam się? Miotam w zeznaniach? Nie przeczę – chyba nie pogodziłam się jeszcze z tą papierową łatką. Kiedyś trzeba mnie było zmuszać do czytania, dzisiaj nie sposób mnie powstrzymać, ale czy to uzależnienie? Zapytałam męża, ale stwierdził, że mam go w to nie mieszać. Nie potrafię przejść obojętnie obok księgarni. Zawsze powtarzam, że „jeszcze tylko jeden rozdział”. Wciąż układam książki na regale (i tak zawsze mam bałagan). Wolę książkę zamiast kwiatka i wybieram ją zamiast filmu czy serialu…

Mój robal zagnieździł się stosunkowo późno, ale zapewniam Was, że jest już porządnie upasiony! Nie jest ważne, kiedy się go wpuści do środka, ale jak się go pielęgnuje. Myślę, że mój się uśmiecha. Więcej o tym jak piszę i co czytam znajdziesz na moim blogu Matka Puchatka, na którego Cię serdecznie zapraszam.

About the Author:

Blog rozwija się razem ze mną. Pierwotnie zamierzałam publikować tu jedynie wpisy o życiu Matki, co miało obejmować szeroko pojętą tematykę parentingową. Treści miały również zahaczać o moją puszystość – ta Puchatka we mnie chciała opowiedzieć o swojej walce z kilogramami, podzielić się zdrowym przepisem czy dobrą radą, a może zachęcić do zmiany stylu życia, zainspirować? Wiadomo, że życie wszystko szybko weryfikuje, dlatego dziś Matka Puchatka to blog literacki (książkowy) z niewielkim dodatkiem kulinarnym. Jestem przekonana o tym, że Matka to nie tylko kobieta, która ma dziecko, to również ta, która ma hobby i mnóstwo pomysłów, która codziennie walczy z organizacją, gotuje, pracuje i ma swoje do powiedzenia. Nie potrafię być tylko mamą, po prostu. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że na coś trzeba się w końcu zdecydować – stawiam zatem na książki i smak.