Jeśli nie ma cię na fejsie – to nie istniejesz!

//Jeśli nie ma cię na fejsie – to nie istniejesz!

Jeśli nie ma cię na fejsie – to nie istniejesz!

Tym razem sądziłam, że nie uda mi się już nic napisać. Nie, wcale nie chodzi o to, że nie mam weny, brakuje mi pomysłów czy po prostu się skończyłam. To cud, że w ogóle odebrałam tego maila z dedlajnem do oddania felietonów. Pisanie jednak jest nadal tak samo mocno fascynujące jak życie. Przypomniało mi się jak kilka lat temu na jednej z imprez usłyszałam: jeśli nie ma cię na fejsie – to nie istniejesz!

Kiedy ostatni raz byłeś offline?

Tak, wiem, że czujesz się zaskoczony tym pytaniem ode mnie. Darujmy sobie te przekomarzanie na temat hipokryzji. Zdaję sobie sprawę z tego, ile czasu jako blogerka spędzam (spędzałam) w sieci. Na usprawiedliwienie mogę dodać, że w przypadku influencerów wiele rzeczy można zautomatyzować, zaplanować wcześniej – tak, że czytelnik nawet nie odczuje, że nie było nas w wirtualnym świecie. W moim przypadku bycie offline zweryfikowało życie. Dwójka dzieci, którym trzeba poświęcić maksimum swojej uwagi i tyle. Proste? Nawet bardzo, choć z pewnym fenomenem nadal pozostaną matki, a raczej „madki” z forów dla tych od potomstwa. One jakoś zawsze znajdują czas na klikanie i „analizowanie” przypadków z życia matki wziętych. Wracając do mnie, wydaje mi się, że wylogowanie się z portali społecznościowych, odłożenie smartfona i zamknięcie klapy laptopa to naprawdę jedna z najlepszych rzeczy, które „zafundowały” mi córki.

Pogadajmy na czacie

Żyjemy w takich czasach, w których telefon, czy też komputer, stał się nieodłącznym elementem naszego życia. Pobudka? Tylko z budzika z telefonu. Zanim zdążysz solidnie się rozbudzić, już scrollujesz powiadomienia z fejsbuka. Za chwilę szybka kawa z designerskiego ekspresu lub zdrowe, zielone smoothie, tylko przedtem cykniesz fotkę (ewentualnie serię dla pewności) i opublikujesz na Instagramie, żeby każdy wiedział, jak miło zaczynasz poranek. W drodze pod poranny prysznic odpiszesz na mesengerze na kilka wiadomości z wieczora, a może nawet trzaśniesz sobie zajebiście seksowne selfie „nude”, bo tak ładnie wyglądasz w tych nowych filtrach ze snapa, że grzech byłoby nie pochwalić się, jaka jesteś piękna bez makijażu, od chwili kiedy tylko otworzysz oczy i wstaniesz z łózka.

Twoje życie to (nie) bajka

 Poranna toaleta z całą tą „technologią” zajęła ci nieco dłużej niż sądziłaś i teraz w popłochu ubierasz się w stylizację, którą starannie przygotowałaś wieczorem. Uff, zdążyłaś nałożyć czerwoną szminkę, całe szczęście od dawna robisz sobie rzęsy, także nikt się nie zorientuje, że nie masz dzisiaj tuszu i kreski na oku. Jeszcze szybka focia w windzie ze zbolałą minką i podpisem: „spóźniona”. Okej, publikujesz, dla pewności wrzucasz nie tylko na insta, ale również fejsa i twittera. Koszulka z Aliesxpress czy innego Wish okazała się strzałem w 10. Napis na twoim T-shircie mówi: „Bad hair today”, ale wszyscy wiemy, że to tania prowokacja. Uformowanie luzackiego koczka zajęło ci więcej czasu niż poranny jogging. W zaistniałej sytuacji postanawiasz wstąpić po latte na sojowym do Starbacksunia, koniecznie z opcją na wynos i podpisaniem papierowego kubka imieniem: Majka. Rach, ciach, kolejna foteczka z poranka pojawiła się na twoim wallu.

Poranne pogaduszki

Udało ci się przybyć do korpo na czas. Co prawda w domu zrobiłaś sobie kawę ze swojego białego ekspresu, ale nie zdążyłaś przecież jej wypić. Czujesz się usprawiedliwiona i czym prędzej udajesz się do pracowniczej kuchni po kolejny kubek kawy (w pracy pijesz wyłącznie czarną bez cukru, od kiedy Ruda Jolka z księgowości zwróciła uwagę, że nieco zaokrągliłaś się na biodrach). Teraz obowiązkowa rundka po openspejsie w celu opowiedzenia, jak zaspałaś i omal nie zdążyłaś do pracy. Wciągasz zapach parującej kawy, rozsyłasz uśmiechy, zagadujesz do każdej napotkanej osoby i po półtora godzinie udaje ci się zasiąść przy służbowym komputerze. Przed tobą obowiązkowy kwadransik na fejsie i będziesz mogła zabrać się za sprawdzenie maili służbowych…

Zdążyć na czas

Czas w pracy ciągnie się nieubłaganie. W międzyczasie zdążyłaś wyskoczyć na lanczyk z koleżanką z grupy. Fotki relacjonujące wasz obiad wylądowały na insta. Potem strzeliłaś kilka zdjęć biureczka, że niby taka zawalona jesteś robotą. O 17 dodasz inne zdjęcie windy, tym razem z wielkim uśmiechem – jak opuszczasz miejsce pracy. Lubisz to, co robisz, ale niech inni wiedzą, że masz też jakieś życie poza pracą. W myślach układasz plan na resztę wieczoru: pilates, kilka zdjęć z brazylijskim instruktorem na matach. Prysznic i może jakieś zdjęcia z szatni fitnessklubu? Potem kilka zdjęć z książką i kotem na kolanach, w tle postawisz deser z nasionami chia i nowym bukietem kwiatów, który kupiłaś od jakiś staruszki w okolicach Metra Politechnika. O, warto o tym wspomnieć w hasztagach pod zdjęciami, w końcu ludzie lubią takie ckliwe historie.

Być off czy online?

Wylogowanie się do życia nie jest wcale proste. To, co na nas czeka, nie jest tak kolorowe jak wianki z kwiatków na snapchacie. Nie jest tak romantyczne, jak czarno-białe zdjęcia po użycia filtru na Instagramie. Rozmawiając z kimś na żywo, nie zdobędziesz masy lajków, nikt ci nie poserduszkuje wpisu, być może nawet nikt na głos nie powie ci, że „wyglądasz ślicznie”. To, co zyskasz będąc offline, przytłacza. Ludzie nigdzie się nie śpieszą, tylko rozmawiają. Zakochani się całują i przytulają zamiast robienia dziubków do aparatu na selfiesticku. Zaprzyjaźnione matki piją w końcu ciepłą kawę, mówią o wszystkim tylko nie o swoich dzieciach. Blogerzy oddychają pełną piersią i układają w głowie tekst, sącząc w spokoju ulubioną lemoniadę w ogródku w centrum. Rodziny są na pizzy i zachłannie oblizują palce po sosie czosnkowym. Nikt nie dba o idealną kompozycję jedzenia do zdjęcia, po prostu je to, co lubi i jak lubi. Nikt nie każe się uśmiechać do aparatu, nikt nie poprawia makijażu. W koło jest cicho, spokojnie, jedyne, co zagłusza idylle, to czarny kot, który swoją niecodzienną pozycją prowokuje cię do wyciągnięcia telefonu i zrobienia zdjęcia…

 

**********

„Cisza jest głosów zbieraniem”.

  • – Cyprian Kamil Norwid, Laur dojrzały 

 

About the Author:

Pisanie dla mniej jest czymś tak naturalnym jak oddychanie. Nie boję się rozmawiać o trudnych tematach, dlatego często z premedytacją wkładam przysłowiowy kij w mrowisko. Na co dzień jestem niepoprawną romantyczką szukającą inspiracji we wszystkim, co mnie otacza. Oznacza to, że idąc ze mną na spacer będziesz zmuszony kilkakrotnie się zatrzymywać, gdyż zwrócę uwagę na najmniejszy detal, drobiazg, rzecz którą ty każdego dnia mijasz obojętnie. Prywatnie jestem spełnioną żoną, nieco zwariowana mamą i miłośniczka kotów (szczęśliwa posiadaczką pary Hektora i Hery imiona zostały nadane z miłości do antyku). Gości przyjmuję z otwartymi ramionami i pełną lodówką. Musisz wiedzieć, że moja sportowa przeszłość (13 lat uprawiania judo) ukształtowało mój charakter dzięki czemu mimo rozbrykanej duszy twardo stąpam po ziemi.