Gość w dom – bóg w dom?

//Gość w dom – bóg w dom?

Stare polskie przysłowie „gość w dom, bóg w dom” wydaje się być powszechnie znane. Sęk w tym, że od dawna obserwuję zanik jakiejkolwiek, osławionej w świecie polskiej gościnności. I absolutnie nie mam tu na myśli zabiegów w stylu zastaw się, a postaw się, żeby tylko przyszpanować naszym gościom jak to nam się powodzi. Oczywiście, że od takich praktyk stronię i nigdy nie wymagam też królewskiej uczty na moją cześć, mam na myśli zwyczajną, zdrową gościnę. Z rodzinnego domu jaki by on idealny nie był wyniosłam na pewno przekonanie, że gości przyjmując u siebie wypada przyjąć godnie (o tyle na ile warunki nam pozwalają), oraz że jak się idzie w gości to nie z pustą ręką.

Czym chata bogata

Naturalnie pierwsze goszczenie z krwi i kości w moim przypadku miało miejsce dopiero po studiach, gdy zamieszkałam razem z Ukochanym na tzw. swoim. Wynajmowanym i ciasnym, ale w potocznym rozumienie własnym kącie.  Wcześniej niestety nie miałam warunków do przyjmowania znajomych z bardzo prowizorycznych powodów: brak własnego pokoju. Rewizyt w takich przypadkach proponowałam „na mieście” odwdzięczając się kawą, piwem, czy po prostu zapłaconym rachunkiem za znajomego, który wcześniej przyjął mnie u siebie.

Ludzie to świnie

I tak żyłam sobie w liceum, na studiach jak i po nich coraz częściej frustrując się tym jacy nieokrzesani mogą być ludzie, z  którymi przyszło mi spędzać wolny czas na co dzień. Jeszcze w okresie ogólniakowo-studenckim przymykałam oko na pewne niedogodności pewnych osobistości  typu: nigdy nie ma kasy, przychodzę na imprezę na krzywy ryj i nie widzę w tym nic złego…. Z czasem takich gości neutralnie się selekcjonowało i nie zapraszało na kolejne spędy. Walka z wiatrakami i ciągle upominanie, że jedzenie i alkohol sam na imprezie się nie kupuje, że trzeba się dołożyć, złożyć lub czasem coś odstawić właściwie wraz z ukończeniem studiów się nie skończyły. Syzyfowe prace trwają w najlepsze.

Ups, stało się

Jeśli jakiś mój gość czytając ten wpis się obrazi, poczuje dotknięty to bardzo dobrze – może w końcu zmądrzeje.  A jeśli nadal nic nie zmieni się w jego postępowaniu, to na pewno nadal będę unikała takiego towarzystwa jak ognia. To tak tytułem wstępu do mojego epickiego rozważania na temat gości. Zacznijmy od tego co najbardziej na świecie wkurwia mnie w ludziach, którzy mnie odwiedzają? Tak mocne słowa, bo irytowałam się kilka lat temu, obecnie jak jestem świadkiem poniższych zachowań to płonę ogniem piekielnym.

Najbardziej frustrujące zachowania moich gości:

1. Notoryczne przychodzenie na krzywy ryj, czyli nigdy nie przyniosę nic do jedzenia, nic do picia, po co przecież Ania zapewni ciepły i zimny bufet.

2. Przychodzenie na imprezę alkoholową z 2-3 piwkami dla siebie – pytam się, czy jak jest 12 osób to będziemy to piwko rozlewać po kieliszkach do wódki, żeby każdemu starczyło?!

3. Marudzenie na czerwone wytrawne wino, które zapewnia gospodyni na babskim wieczorze – sorry jak pijesz inne to może łaskawie kupisz i je przyniesiesz?

4. Brak umiaru w jedzeniu i piciu. Ile bym nie naszykowała to niektóre osobniki jak szarańcza: zjedzą to co jest na stole, pod stołem, w lodówce i na balkonie. Wypiją alkohol ze stołu, z baryku i nawet perfumy jeśli zajdzie potrzeba…

5. Nawet jeśli zrobisz wydarzenie na fejsbuku, że impreza jest składkowa (dokładnie określona kwota lub wprost wymienione, co kto ma kupić) gość zjawia się sam we własnej osobie z dziurą w: kieszeni, skarpecie, portfelu i oczywiście bez niczego…

6. Natarczywe upominanie i ściąganie haraczu po imprezie składkowej typu Sylwester, Andrzejki itp.  Lepiej wynająć firmę windykacyjną niż sobie szargać tym nerwy.

7. Siedzieć tak długo, że gospodarze już zasnęli, a gość nadal nie widzi potrzeby by wracać do domu, bo np. butelka alkoholu się jeszcze nie skończyła i sobie dopije w samotności. Litości.

8. Brak rewizyty. No kurde ile razy jedliście u mnie obiadek, lunchyk, deserek, byliście na planszówkach, imprezce tematycznej lub pogaduchach przy kawie? Nie sądzicie, że fajnie byłoby się odwdzięczyć i zaprosić do siebie? Chociaż raz…Nie masz warunków bo nadal mieszkasz  z rodzicami? Ok, a może postawisz piwo w centrum?

9. Sugerowanie przy każdym kontakcie, że chętnie się spotkamy, ale u was. Mówiąc wprost wpraszanie się na chama do ciebie. Spadaj.

10. Narzekanie na brak wygód, koty, lokalizację, pogodę cokolwiek, w momencie gdy żałowało się kasy na nocleg w hostelu i koczujesz u nas cały weekend. Albo gdy jesteś kilka dni i nigdy nie proponujesz pomocy w zmywaniu naczyń, nie robisz zakupów i ogólnie wkurwiasz swoim nieogarnięciem.

Wyplułam właśnie chyba całą żółć, która mnie wyniszczała od miesięcy. Tekst ukazał się jakiś czas temu na starym adresie, ale jest perełką, więc podaję raz jeszcze. Oczywiście żartuję, ale naprawdę gościnność w takim wydaniu najnormalniej zniechęca mnie do dalszego utrzymywania kontaktów z wydawałoby się dorosłymi, inteligentnymi i cywilizowanymi ludźmi. I często się zastanawiałam skąd biorą się takie nawyki, żeby wpadać na kolację bez wina, mimo że przez wieczór wyżłopiesz mi 3 butle? Albo co to za maniery, żeby cały dzień u mnie siedzieć i nie kupić ciastek, paluszków lub innych przekąsek z Biedronki za 10zł? No ludzie, naprawdę nie rozumiem co to ma być?

Wydaje mi się, że w domu mama i tata uczą, że jak się idzie w świat to miło do kawki/herbatki podać ciasteczka jak koleżanka wpada. Wydaje mi się też, że jak jest impreza i ktoś przynosi alkohol to podaje się go na stół,a nie chowa sobie i zachachmęca na później? Grubiaństwo w najwyższej postaci.  Normalne, że jeśli gospodarze się nastawali i zapełnili wszystko to nie ma sensu otwierać kolejnych smakołyków, ale po wcześniejszym zapytaniu o to swoich współbiesiadników. Ile razy jest tak, że idziesz na domówkę tam tylko chipsy i paluszki,a ciebie aż skręca z głodu bo nie jadłeś nic treściwego. I przyniosłeś te kabanosy, jakąś sałatkę, a  gospodarz nie kwapi się by wjechała na stół? No ludzie, weźcie się trochę ogarnijcie, bo w końcu wasz dom i wasz interes, żeby o swoich gości zadbać. Czy ja zawsze muszę przypinać, że kieliszek pusty, jeść co nie ma,a w kuchni torby z przyniesionymi rzeczami  pękają w szwach…

Mam nadzieję,że wasze doświadczenia w przyjmowaniu gości lub też rewizytach są o całe niebo lepsze od moich. Oczywiście nie wszyscy są tacy beznadziejni i nie zawsze jest katastrofa, ale na boga – jesteśmy dorośli i trochę się pilnujmy bo naprawdę później wstyd pewnym osobom w oczy spojrzeć. Jeśli macie jakieś przygody z tego zakresu zachęcam do komentowania, chętnie poczytam.

************

„Jeżeli po­siliłeś już swe­go gościa,

a on wciąż spogląda tęsknie w stronę spiżar­ni,

praw­do­podob­nie chce ci po­wie­dzieć,

że mógłby się po­silić jeszcze bar­dziej.

Ob­jaśnij mu, że to nieprawda.”

Alan Alexander Milne 

About the Author:

Pisanie dla mniej jest czymś tak naturalnym jak oddychanie. Nie boję się rozmawiać o trudnych tematach, dlatego często z premedytacją wkładam przysłowiowy kij w mrowisko. Na co dzień jestem niepoprawną romantyczką szukającą inspiracji we wszystkim, co mnie otacza. Oznacza to, że idąc ze mną na spacer będziesz zmuszony kilkakrotnie się zatrzymywać, gdyż zwrócę uwagę na najmniejszy detal, drobiazg, rzecz którą ty każdego dnia mijasz obojętnie. Prywatnie jestem spełnioną żoną, nieco zwariowana mamą i miłośniczka kotów (szczęśliwa posiadaczką pary Hektora i Hery imiona zostały nadane z miłości do antyku). Gości przyjmuję z otwartymi ramionami i pełną lodówką. Musisz wiedzieć, że moja sportowa przeszłość (13 lat uprawiania judo) ukształtowało mój charakter dzięki czemu mimo rozbrykanej duszy twardo stąpam po ziemi.
 

  • Cytacik na końcu jest wspaniały. Kiedyś, sto lat temu jedna koleżanka mi opowiadała, że często przyjeżdża do niej z wizyta inna nasza wspólna koleżanka z mężem. wszystko fajnie, ale zaraz po tym oznajmieniu nastąpiło stwierdzenie „nie lubię, jak przyjeżdżają, bo zawsze nam wszystko zeżrą” cóż… Nie wiem komu bardziej tu oma z butów. tym, co obżerają do pustej lodówki gospodarzy, czy tym, którzy tak rozgadują o swoich gościach 🙂
    U nas wizyty zapewne się zaczną jak sie przeprowadzimy na swoje. Nie mogę sie doczekać z jednej strony, z drugiej obawiam się lekko.

    • Aniu to co powiedziała koleżanka to tragedia 🙂 Mój wpis jest ostry, ale był pisany pod wpływem emocji. Kocham gościć, nie wymagam rewanżu na takim samym poziomie, rozumiem jeśli ktoś nie ma warunków, ale dobre wychowanie i kumpelstwo wymaga po prostu wzajemności 🙂

      • Dlatego nigdy nie byłam gościem u tej właśnie koleżanki. Bym się czula tam bardzo źle po wysłuchaniu takiej historii. Wiesz w każdej ważnej znajomości najważniejsza jest wzajemności. To chyba podstawa. Nie ma znaczenia gdzie się spotkacie, ile razy w tygodniu, czy roku. Po prostu wzajemności

        • Aniu trudno się z tobą nie zgodzić. Wzajemność, niby rzecz oczywista, ale nad wyraz rzadko występująca w przyrodzie jak się okazuje.. 🙂

  • Cytat dobry, to chyba kwestia wyczucia, albo jego braku. Tak w zwiazku ze zdjeciem z francuskiego filmu tak mi sie skojarzylo, jak moj francuski znajomy, ktorego goszczono w Polsce latami wspominal te wizyte. Bo robil kolede po rodzinie znajomego, ktory przywiozl go do Polski, obkoledowal wszystkich w jedno popoludnie, a gdzie zawital tam proszono do suto zastawionego stolu, no i wszedzie byly golabki. Jak on to fajnie opowiadal wlaczajac polskie slowa i te golabki. Ale juz nie mogl wiecej zjesc, a tu znowu trzeba bylo jechac w gosci i zasiasc do suto zastawionego stolu. Pozdrawiam serdecznie Aniu – Beata

    • Polska gościnność potrafi przytłoczyć to prawda 🙂 Z kolei moja szefowa ma narzeczonego Francuza i spędzając święta u nich powiedziała: boże oni tam od rana do wieczora biesiadują, piją wino i imprezują tak do świtu – wymiękłam i poszłam spać 😉

  • U mnie nie jest aż tak źle, ale wszystko co opisałaś doświadczyłam i to wielokrotnie. Uwielbiam robić imprezy, jednak często propozycje rewizyt się nie pojawiają i tracę ochotę…Później znowu ją odzyskuję, ponownie rewizyty brak i znowu mi się nic nie chce…Zapraszam do Nowego Sącza serdecznie i ciepło:)

    • Justynko świetnie się rozumiemy 🙂 Bardzo dziękuję za zaproszenie i kto wie, być może kiedyś uda nam się spotkać 🙂

  • Znam to wszystko z własnego podwórka. Jak ja nie cierpię takiego żerowania na innych. Rozumiem, że czasem ktoś ma naprawdę kryzysową sytuację i najzwyczajniej w świecie nie może się dołożyć, bo autentycznie nie ma kasy – też mi się to zdarzało. Ale są jakieś granice. Zawsze staram się zrewanżować i nie mam w zwyczaju wpychać się do kogoś na krzywy ryj i z pustymi łapami.

    • No dokładnie 🙂 Wiem, że post jest dosyć mocny, ale czasem trzeba coś wykrzyczeć, bo ludzie nie znają umiaru…

  • Te punkty, połowa pasuje do jednej znajomej rodziny. Godzina 21 ona wpada, ale 20 w niedziele jak człowiek chce się do pracy na poniedziałek przygotować. Wiem, ona nie musi. Do niej, aby iść trzeba się zapowiedzieć, a i tu problem z rewizytą, bo jej nigdy w domu nie ma. I zawsze wpraszanie się do nas. Powinnam zaznaczyć, że nie z pustymi rękami – z połówką, jakby alkohol był najważniejszy. Ponarzekałam. 🙂

    • Ha ha … to normalnie jakaś uporczywa natrętka! Może upodobała was sobie jako „przyjaciół” od kielicha 😉

  • Ja długo mieszkałam z rodzicami więc wtedy nie miałam możliwości organizowania tego typu imprez, no i w takiej sytuacji było mi zawsze głupio samej chodzić do innych jeśli potem nie będą mogła zorganizować tzw rewizyty, tak więc byłam mało obeznana w kwestii tego typu imprez. Za to gdy już wyprowadziłam się do własnego mieszkania to powiem Ci Aniu że mój dom zamienił się w nieustanną imprezę 🙂 tak sobie to odbiłam 🙂 Impreza była, potem odpoczynek po i kolejna impreza, a niektórzy goście zostawali nawet na kilka tygodni 😀 Dobrze wspominam tamte czasy, warto w życiu wszystkiego spróbować. Teraz znowu się „uspokoiłam”, nie mam tu w Irlandii zbyt wielu znajomych, poza tym tutaj lepiej jest wyjść na imprezę do pubu czy klubu. Pozdrawiam i życzę samych udanych imprez i samych miłych gości 😀

    • Doskonale to rozumiem. Też kiedyś nie miałam warunków, potem przyszedł okres szalonych imprez. Wszystko fajnie, ale ludzie nie znają często umiaru, nie mają wyczucia i nadużywają dobroci gospodarzy, a tego już nie lubię ..:)

  • Dominika Wrońska || Trickymind

    Rozumiem Twoje rozgoryczenie, bo domyślam się że sama zawsze dbasz o każdy szczegół i troszczysz się o swoich gości, ale nie wszyscy mają to niestety we krwi. Poza tym myślę, że problemem może być też to, że niektórzy Twoi znajomi nie są na takim samym etapie życia jak Ty – nie mieszkają razem, albo tylko pomieszkują, studiują, bawią się i korzystają ochoczo z gastronomicznego wsparcia mamy kiedy to tylko możliwe. Dla nich przygotowanie „przyjęcia” może być bardzo abstrakcyjne 😉 Ja lubię przygotować fajny obiad dla moich gości, ale nie oczekuję tego samego w zamian, bo wiem że to nie zawsze jest możliwe. Rodziny naszych znajomych powiększają się każdego roku i nie wyobrażam sobie zmuszać świeżo upieczonej mamy do kilkugodzinnych przygotowań wystawnej kolacji – cieszę się tylko z tego, że mając tak mało wolnego czasu poświęcają go właśnie nam 🙂 Pozdrawiam!

    • Dominika, ja naprawdę nie jestem jędzowata. Lubię moich gości, lubię ich gościć, ale sytuacja opisana w tekście odnosi się do ludzi, których znam od lat, sytuację ekonomiczną i życiową mają lepiej poukładaną niż ja.. a mimo to mają w nosie wzajemność.

  • Uff, jak to dobrze, że jestem nietowarzyski do granic rodzinnej tolerancji, gości przyjmuję tylko z bardzo zawężonego grona, sam ignoruję wszelkie zaproszenia i nie zapraszam. Nigdy. Nikogo 😀

    • No i dobrze, przynajmniej jesteś szczery w swoich uczuciach 🙂

  • Muszę przyznać, że nie doświadczyłam czegoś takiego. Po pierwsze wychodzę z założenia, że jeśli ja zapraszam do siebie na obiad, kolację czy kawę to JA odpowiadam za poczęstunek i nie oczekuję, że ktoś przyniesie mi w zamian za to wino, sałatkę czy ciastka. Jeśli organizuję luźne schadzki to jasno określam, że alkohol we własnym zakresie, ja sypnę co najwyżej jakieś chipsy i paluszki – robię to zawsze, bo mimo wszystko jestem gospodarzem. Jeżeli składkowa, to haracz zbieram odpowiednio wcześniej. Organizowałam kiedyś u siebie Sylwestra, po 100 od pary i zapewniałam z tego alko i żarcie na eleganckim poziomie. I nie oczekiwałam, że w ramach tego ktoś mnie zaprosi potem na kawę, czy zorganizuje imprezę w przyszłym roku. Dla mnie najważniejszym i najlepszym prezentem było to, że goście dobrze się bawią. A gdy jestem u kogoś i ktoś nie widzi mojego pustego kieliszka – upomnę się. A jeśli nie jest perfekcyjną panią domu, to nie skupiam się na tym, że nie dosypała orzeszków na czas, tylko że fajnie spędzam czas.

    • Bardzo się cieszę, że nie masz kiepskich doświadczeń związanych z goszczeniem i byciem w gościach. W moim przypadku sprawa ma się następująco: dużo z siebie daję innym, a wymagam przynajmniej minimum przyzwoitości. Moje doświadczenia dotyczą osób, które znam od lat i dlatego taka zgryzota się pojawiła 🙂

  • Hahahahaha nawet z tym jesteśmy podobne (byłam tego pewna jak otrzymałam od Ciebie cała torbę prezentów przy pierwszym spotkaniu).
    Mnie najgorzej wkurza…
    1. długie, za dłuuugie siedzenie gości
    2. marudzenie na jedzenie, które przygotowałam
    3. poruszanie zbyt intymnych tematów
    4. kłócenie się gości miedzy sobą – bo maja inne zdanie
    5. brak możliwości rewizyty – nieprzystosowane mieszkania, ciasne mieszkania i inne wymówki
    Jednym z powodów dla których zmieniamy mieszkanie jest fakt ze to osiedle na którym będziemy mieszkać jest CALE przystosowane wiec nie ma mowy o tym ze gdzieś nie wejdę.

    • Ha ha przyciąganie magnetyczne u nas. Wszystkie punkty znam dobrze, może za dobrze nawet. Ostatni – obecnie jako matka też miewam problemy, wierz mi ludzie nie mają wyobraźni jak to jest wybrać się na „kawę” z niemowlakiem… Co do rewizyty ubolewam nad tym, że obecnie nie mogę cię ugościć, ale latem mamy ogród, choć tyle dobrze, że grilla będzie można zorganziować 🙂

  • Wiesz co, a może Ty za miła jesteś dla tych Twoich gości?;) U mnie za czasów kiedy jeszcze urządzałam imprezy, to albo były to urodziny czy tam imieniny i wtedy powiadamiałam ich że w zamian za alko i szamę czekam na prezenty, albo impreza typu masz coś przynieść, a dokładniej to i to, i właściwie z pustymi rękami przyszły tylko raz jedne sępy 🙂 Ludziom to trzeba wielkimi literami, bo inaczej ta nasza gościnność bokiem nam wyjdzie.. Rewizyt żadnych nie oczekiwałam, jak ktoś chce, to mnie zaprosi, nie dlatego że ja go zaprosiłam, tylko dlatego, że chce mnie zaprosić. Co mnie wkurzało – no raz się tylko wkurzyłam, jak kolega przez sen puścił pawia w kąt materaca i nie raczył tego sprzątnąć, tylko poszedł rano w najlepsze do domu… Ale to było daawno, a kolega miał takie maniery również w innych sytuacjach, np. kiedyś zalał całego polskiego busa swoim moczem i został wydalony z autobusu, więc najwyraźniej lekcja z tego bardzo prosta, niektórych najlepiej nie zapraszać:)

    • Mega hardkowroe doświadczenie, w życiu bym tego nie sprzątneła, bo trzeba by było jeszcze i po mnie sprzątać ..:D A z tym byciem miłym – wiesz coś jest na rzeczy. Jak olewasz, nie starasz się to raptem ludzie sobie przypominają o tobie i proponują spotkanie. Jak jednak nadsakujesz to często się rozczarowujesz. O co chodzi ?

  • No i właśnie o co chodzi… Dlaczego jest tylu pasożytów dookoła nas? Przeżyłam podobne sytuacje ze znajomymi, sąsiadami i rodziną. Dlatego teraz ograniczam moją grupę znajomych do minimum, ale przyznam szczerze, że w tej grupie również są Ci, którzy lubią wykorzystywać sytuację i nie dają nic z siebie. Aby całkowicie pozbyć się problemu, musiałabym nie spotykać się z nikim…

    • Czasem dochodzę do wniosku,że moim najlepszym przyjacielem, kumplem i towarzyszem jest mój mąż 😀 Wiem jak to zabrzmi. Nie jesteśmy dzicy, lubimy towarzystwo, ale w duecie możemy wszystko zrobić tip top, bez spiny, kłótni i kwasu 🙂