Dzień odpierdolenia się od siebie

//Dzień odpierdolenia się od siebie

Dzień odpierdolenia się od siebie

 

A gdyby tak chociaż raz, jeden, jedyny raz dać sobie spokój z tymi wszystkimi krytycznymi uwagami skierowanymi w kierunku własnego odbicia w lustrze? Gdyby choć przez jedną małą chwilę przestać dokopywać samej sobie i zrobić wolne od autokrytyki? Czy to jest w ogóle możliwe, że chociaż jeden dzień w roku dasz sobie spokój. Jeden, jedyny raz na 365 dni odpuścisz sobie, tak po prostu. Bez większej idei, przekonania, spontanicznie? Przestaniesz sabotować siebie krytycznymi uwagami. Odpuścisz kopanie swojego leżącego ciała, które i tak nie ma lekko na co dzień. Zapomnisz o tym co ci nie wyszło. Wyolbrzymisz wszystko to, co ci się udało. Wiem, to brzmi tak bardzo nierealnie… A gdyby tak na stałe wprowadzić do kalendarza Dzień odpierdolenia się od siebie?

 

Skąd w tobie ten głos?

 

Uporczywy, natrętny, ostry i tak bardzo bolesny głos w twojej głowie, który każdego poranka sączy ci do ucha te wszystkie słowa pogardy. Gdy tylko otworzysz oczy, mijając drogę do toalety na poranne siusiu, żałujesz że spojrzałaś w wielkie lustro umieszczone na korytarzu. Szara cera, oklapnięte włosy, obwisłe cycki, cellulit, brak cięcia w talii i jeszcze to garbienie się. Jesteś beznadziejna. Pierwsza seria bolesnych słów orzeźwia cię mocniej niż świeżo parzona kawa w bardzo drogim ekspresie. Potem niestety nie jest lepiej. Szykując sobie coś do jedzenia wyrzucasz sobie, że wczoraj znów zamiast sałatki zamówiłaś frytki. W duchu karcisz się za to, że po raz kolejny wybrałaś maraton z serialem na kanapie, zamiast pobiegać w pobliskim parku. Nie lubisz swojego głosu, koloru włosów, sposobu poruszania się. Uważasz, ze tak naprawdę żadne ubranie nie leży na tobie wystarczająco dobrze. Nie dziwisz się, że masz mało znajomych i żadnego faceta – w końcu jesteś nudna i brzydka. To twoje słowa. To właśnie ty sama, codziennie podcinasz sobie skrzydła, dowalasz swojemu ciału, dokopujesz swojej pewności siebie, umniejszasz swoje osiągnięcia. To tylko ty, nikt inny.

 

Ktoś kiedyś powiedział…

 

Dawno, dawno temu jeszcze jak byłaś smarkata i mało rozumiałaś ktoś ci powiedział, że masz grube kolana. Nie pamiętasz dobrze, czy to jakaś życzliwa ciotka, nadgorliwa sąsiadka, czy troskliwa mama wypaliły ci z tymi kolanami. Zresztą to naprawdę nie jest istotne, najważniejsze, że od tamtej pory nie włożyłaś ani razy sukienki, spódnicy i krótkich szortów, bo faktycznie te kolana, wydawały się jakieś takie pulchne. Innym razem w podstawówce, zaprzyjaźniona koleżanka wyśmiała przy całej klasie twój sposób akcentowania – od tamtej pory na samą myśl o wystąpieniu publicznym dostajesz gęsiej skórki. Co prawda kiedyś marzyłaś o zdawaniu na łódzką filmówkę, ale z taką dykcją?! Odpuściłaś sobie te infantylne dyrdymały i skupiłaś się na tym co istotne.

 

Być przezroczystą

 

Najważniejsze było siedzieć cicho. Nie rzucać się w oczy. Nie wyróżniać z tłumu. Nie wychylać z propozycjami, nie odmawiać jak ktoś coś zaproponuje. Przyjąć postawę: „jestem miła, koleżeńska i dam sobie ze wszystkim radę”, także żeby więcej nie robić nikomu problemów. I może jeszcze dlatego, żeby nikt głośno nie mówił o tej mojej manierze z akcentowaniem trzysylabowych wyrazów. To nic takiego, że nosiłam ciągle długie spodnie, bez względu na temperaturę za oknem. Grube kolana nie są ładne, grube kolana lepiej ukrywać. Przy moim wysokim wzroście lepiej nie dawać kolejnego powodu do komentowania. Mały biust na szczęście przy obecnych trendach jest akceptowalny, przynajmniej z tym nie mam teraz problemu. Kompletując garderobę skupiłam się na tym by być niewidzialna, przezroczysta, albo chociaż mało wyraźna, tak wiesz jakbyś nie wzięła rutinoscorbinu.

 

A potem pojawił się on

 

I pierwszy raz w życiu zapragnęłam być bardzo widoczna. I chciałam eksponować te grube kolana, ten mały, śmieszny biust. I pragnęłam rozmawiać, mówić nieustannie do niego, mimo tej mojej brzydkiej maniery w głosie. I zamieniłam te szare, bure, nie wiadomo jakie ubrania, na takie wiesz: wyraziste, dopasowane i bardzo, ale to bardzo seksowne – to akurat on powiedział. I pierwszy raz w życiu czułam się fajna. Taka wiesz – kompletna. Czułam się kochana, czułam się kobieca, czułam się sobą. Lubiłam siebie, polubiłam się na nowo z własnym odbiciem w lustrze, z własnym charakterem, ze sposobem bycia. A potem wiesz, on odszedł. I ja zostałam sama, taka skołowana. Z tymi niby grubymi- nie grubymi kolanami. Z tym małym żałosnym, ale tak naprawdę fantastycznie jędrnym i zmysłowym biustem. Z tą wyrafinowaną wadą wymowy, dzięki której ktoś zaczepił mnie w metrze i zaproponował mi pracę w radiu.

 

I teraz jestem ja

 

I wiesz, wzięłam ten etat. Zostawiłam te kolorowe, ultra kobiece i opinające ubrania. I polubiłam moje nogi tak wiesz w całości, mimo tych wcześniej krytykowanych kolan. I nawet opalałam się toples i mam teraz takie pięknie, równomiernie opalone brzoskwinki, wiesz co mam na myśli… Pierwszy raz w życiu jestem sobą. Ale to jak wyglądam ma naprawdę najmniejsze znaczenie. Po prostu zrzuciłam z siebie ciężar innych. Ten balast obcych ludzi, który mi przywiązano już w dzieciństwie. Te wszystkie kompleksy, ograniczenia i lęki. To wszystko czym mnie karmiona każdego dnia. Tym co mnie zatruwało, ograniczało i powodowało, że wiesz byłam taka przezroczysta. Tamtego dnia, gdy on mnie zostawiła postanowiłam chociaż na jeden dzień odpierdolić się od siebie. I wiesz co? Dobrze mi z tym, jestem taka nieidealna w oczach innych. Dla siebie? Jestem kompletna, jestem po prostu szczęśliwa. 

 

Dzień odpierdolenia się od siebie

(Dzień odpierdolenia się od siebie w wersji Nieidealnejanny)

 

*********************

„Akceptacja siebie jest oczywiście ważna. Ale niedoskonałość jest dla mnie piękniejsza.

Często nawet ciekawsza, nie taka plastikowa, lalkowa.

Z tego, co nieatrakcyjne, bije wewnętrzny blask, który powoduje, że staje się to bardzo interesujące”.

  •  Dorota Androsz

About the Author:

Pisanie dla mniej jest czymś tak naturalnym jak oddychanie. Nie boję się rozmawiać o trudnych tematach, dlatego często z premedytacją wkładam przysłowiowy kij w mrowisko. Na co dzień jestem niepoprawną romantyczką szukającą inspiracji we wszystkim, co mnie otacza. Oznacza to, że idąc ze mną na spacer będziesz zmuszony kilkakrotnie się zatrzymywać, gdyż zwrócę uwagę na najmniejszy detal, drobiazg, rzecz którą ty każdego dnia mijasz obojętnie. Prywatnie jestem spełnioną żoną, nieco zwariowana mamą i miłośniczka kotów (szczęśliwa posiadaczką pary Hektora i Hery imiona zostały nadane z miłości do antyku). Gości przyjmuję z otwartymi ramionami i pełną lodówką. Musisz wiedzieć, że moja sportowa przeszłość (13 lat uprawiania judo) ukształtowało mój charakter dzięki czemu mimo rozbrykanej duszy twardo stąpam po ziemi.