Dzieciństwo wybrukowane marzeniami

//Dzieciństwo wybrukowane marzeniami

Dzieciństwo wybrukowane marzeniami? Nie chciałam psuć ci humoru wczoraj, wtedy kiedy każde duże i mniejsze dziecko świętowało Ten Dzień. Dzień Dziecka to przecież wielka sprawa. Tym razem jestem arcypoważna i nie mam ochoty się zgrywać. Serio nie podpuszczam cię. Dzień Dziecka to cholernie ważna sprawa. Wiesz dlaczego? Choćby dlatego, że każde dziecko marzy o tym, aby Ten Dzień był codziennie.

Ile kosztują marzenia?

Większość dzieciaków nie marzy wcale o najnowszym tablecie, kolejnej grze na plejaka, czy wakacjach za granicą. Prócz małych wyjątków, praktycznie każde dziecko marzy o czasie z własnymi rodzicami. O takich beztroskich chwilach, kiedy mama i tata skupiają całą swoją uwagę, energię i kreatywność na tym małym człowieku. Może się okazać, że twoje dziecko zamiast najnowszej barbie marzy o jednym dniu, kiedy w spokoju zjecie wspólne śniadanie. Bez pośpiechu poprzytulacie się w małżeńskim łóżku, zamiast obiadu zjecie lody, poszukacie na działce ślimaków i zrobicie kilka rundek na rowerze wokół własnego bloku. Małe-wiekie rzeczy są naprawdę bezcenne. Wczoraj tak bardzo świętowałam Dzień Dziecka z córkami, że totalnie zapomniałam moim czytelnikom złożyć życzenia na fejsbuku. Pochłonęło mnie życie. Co robiłyśmy? Nic specjalnego. Wspólne rysowanie, oglądanie bajek, wyprawa na plac zabaw, przytulaski, wcinanie drożdżówki z kakao na śniadanie, a do tego totalny luz, brak pośpiechu i planu na to jak świętować.

Liczy się TU i TERAZ

Tym razem byłam totalnie nie przygotowana. Nie miałam planu dnia, zapełnionego atrakcjami dla najmłodszych. Nie miałam żadnych prezentów. Nawet żadnych słodyczy nie miałam, żeby sprawić radość Zuzce. Kicha po całości? Okazuje się, że jednak nie. Dzień w rytmie własnego dziecka. Czas kiedy koncentrujesz się na tym małym człowieku (w moim przypadku dwóch małych człowiekach) okazał się strzałem w dziesiątkę. Nie wnikałam  w gotowanie, sprzątanie i inne przyziemne pierdoły. Śpiewałam po raz setny ulubioną piosenkę Zuzy. Podnosiłam przez godzinę z lubością zrzucane przez Mańkę przedmioty z krzesełka. Przytulałam, odpowiadałam na pytania, gilgotałam, całowałam i pozwoliłam dzieciom zjeść bułę w salonie…

Moje marzenia z dzieciństwa

Pamiętam jak bardzo mocno chciałam mieć różowe sukienki. Tiulowe spódniczki. Całe te kiczoware, szajsowate akcesoria dla dziewczynek. Mebelki dla lalek w kolorze wściekłego różu. Domek dla barbie. Kucyka pony, obowiązkowo z różowym ogonem i grzywą. Pamiętam jak bardzo zazdrościłam innym dziewczynkom, że wyglądają jak małe księżniczki. Z całego naiwnego, dziecięcego serduszka pragnęłam zobaczyć mamę w szkole podstawowej, gdy obchodziliśmy Dzień Matki. Do ostatniej chwili żyłam nadzieją, że tata jednak pojawi się na szkolnym przedstawieniu. Marzyłam o tym, aby mieć chociaż na godzinę rodziców tylko dla siebie. Na wyłączność, bez konieczności dzielenia się z rodzeństwem. Bez tłumu kolegów i koleżanek dla których rodzice często rezygnowali ze mnie. Bez alkoholu, papierosa, głośnej muzyki i tego ciągłego krzyku.

Odbijam sobie dzieciństwo, którego nie było

Moje córki nie są jakoś specjalnie rozpieszczane. Staram się zachować zdrowy rozsądek w ilości zabawek, ubrań i akcesoriów. Uważam, że na gadżety elektroniczne mają jeszcze dużo czasu. Jestem tym typem matki, który prędzej wręczy dziecku do ręki nowy zestaw kredek, książkę lub grę planszową niż tablet, czy smartfona. Jestem matką, która kocha i boi się, że czas z dziećmi minie zbyt szybko. Jestem dorosłym dzieckiem, które nadal pamięta jak bardzo boli, kiedy rodziców nie ma w tych wszystkich „pierwszych” momentach. Jestem wiecznym dzieckiem, które dzięki własnym dzieciom odbija sobie utracone dzieciństwo. Najbardziej na świecie boję się tego, że moje córki kiedyś powiedzą, że nie było mnie przy nich, nie kochałam ich zbyt wystarczająco mocno, nie rozmawiałam zbyt często lub nie słuchałam tego co mają mi do powiedzenia. Najbardziej boję się tego, że zabraknie mnie wtedy, kiedy będą mnie najbardziej na świecie potrzebowały. Dlatego jak szalona, każdego dnia staram się „wyciskać” ile się da z tego naszego wspólnego czasu razem. Dlatego nigdy nie odmawiam kolejnego czytania książeczki. Z uśmiechem na twarzy i bólem kręgosłupa noszę te moje pannice na rękach. Z nerwami i frustracją utulam godzinami do popołudniowej drzemki. Codziennie mówię, że kocham. Codziennie kładę do snu, mimo ze czasami marzę o tym, aby już spały. Jestem. Staram się, aby Dzień Dziecka był tylko kolejny pretekstem do tego, aby zatrzymać Ten Czas jak najdłużej w pamięci. A ty jak często pozwalasz sobie na Dzień Dziecka?

******

Bóg nigdy nie rezygnuje ze swoich dzieci, nawet z takich, które stoją plecami do Niego.

  •  Stefan Wyszyński

 

About the Author:

Pisanie dla mniej jest czymś tak naturalnym jak oddychanie. Nie boję się rozmawiać o trudnych tematach, dlatego często z premedytacją wkładam przysłowiowy kij w mrowisko. Na co dzień jestem niepoprawną romantyczką szukającą inspiracji we wszystkim, co mnie otacza. Oznacza to, że idąc ze mną na spacer będziesz zmuszony kilkakrotnie się zatrzymywać, gdyż zwrócę uwagę na najmniejszy detal, drobiazg, rzecz którą ty każdego dnia mijasz obojętnie. Prywatnie jestem spełnioną żoną, nieco zwariowana mamą i miłośniczka kotów (szczęśliwa posiadaczką pary Hektora i Hery imiona zostały nadane z miłości do antyku). Gości przyjmuję z otwartymi ramionami i pełną lodówką. Musisz wiedzieć, że moja sportowa przeszłość (13 lat uprawiania judo) ukształtowało mój charakter dzięki czemu mimo rozbrykanej duszy twardo stąpam po ziemi.  
  • <3

  • Mój dzień dziecka został trochę przesunięty na 2 i 3 czerwca. Zabrałam swoją ukochaną Olę na koncert i na konwent fantastyki. To niesamowite uczucie patrzeć na szczęście innych do którego chociaż trochę się przyczyniamy swoim zachowaniem. Szczęście w oczach i uśmiech, warto znosić niedogodności. 🙂

  • Cóż dodać, skoro wszystko tak pięknie napisałaś… To prawda. Nawet najbardziej wypasiony gadżet nie zastąpi wspólnych chwil.

  • Ja miałam szczęśliwe dzieciństwo, więc nie musiałam się martwić o czas spędzony z rodzicami, za to pamiętam jak bardzo złościły mnie różowe spódniczki i kupowane lalki… Chciałam być jak tata 🙂
    Twoje dzieci mają szczęście mieć taką super mamę!

  • Ja w domu miałem tak zwany zimny wychów. Chłopców się nie przytulało, tylko wymagało od nich. Ale i tak bardzo dobrze wspominam dzieciństwo, bo często wyjeżdżaliśmy i ja do tej pory, gdy wyjeżdżam czuję się jak dziecko 🙂