Diagnoza: Hashimoto, czytaj [masz przejebane]

//Diagnoza: Hashimoto, czytaj [masz przejebane]

Jestem zła, wściekła, czuję że zaraz wybuchnę. Właściwie to nawet nie to, po prostu jestem na maksa wkurwiona. Wiem, że bluzgi nie każdemu leżą, dlatego postaram się opanować. Coraz częściej dojrzewam do tego, aby zacząć szerzej poruszać temat mojej choroby – niepełnosprawność, której nie widać. Hashimoto, czyli coś co rujnuje ci życie. Najpierw powoli sypie ci się ciało, potem pada psycha, żeby na końcu spoglądając w lustro nie poznać własnego oblicza. Świetnie, co?

Żyję w kraju, w którym wszyscy chcą mnie zrobić w chuja

 

A najbardziej już NFZ i lekarze z którymi muszę się konsultować. Endokrynolog, to ktoś kto nie leczy – tylko wypisuje recepty. Nie wnika w twoje samopoczucie, lęki, problemy ze skórą, zaparcia, trudno gojące się rany, wypadające włosy, sypiące zęby. Szczerze mówiąc, przeciętny endo ma to w dupie, ma ciebie w dupie i twoje dolegliwości. Bo jak można nazwać lekarza, który „leczy cię” na podstawie wskaźnika TSH (jednego z kilku hormonów wpływających na pracę tarczycy) nie wnikając w cokolwiek innego?

 

 

hashimoto

Mój pierwszy endokrynolog

 

Była kobietą, jeszcze jak mieszkałam w Białymstoku. Trafiłam do niej w 2012 roku, po tym jak lekarz rodzinny zlecił mi serię badań. Do lekarza pierwszego kontaktu zgłosiłam się z puchnącymi nogami – żadne leki moczopędne nie dawały rezultatu, wyeliminowanie soli z diety i aktywny tryb życia. Jedyne co wyszło z długiej listy zleconych badań źle, to wskaźnik TSH, który był delikatnie ponad normą. U pani endokrynolog zlecono mi dodatkowe badanie innych przytarczycowych hormonów oraz zaproponowano usg tarczycy. Po około tygodniu wróciłam ponownie do gabinetu z wynikami badań. Tam moja pani doktor z uśmiechem na twarzy powiedziała mi: diagnoza Hashimoto. Szczerze mówiąc nie rozumiałam jej entuzjazmu i pogody ducha. Miałam dwadzieścia trzy lata, na koncie żadnych chorób, za sobą sportową przeszłość i po prostu byłam przerażona.

 

Szukanie czegoś na własną rękę

 

Moja pierwsza endo nie była zbyt wylewna na temat opisu mojego schorzenia. Dowiedziałam się, że mam autoimmunologiczne zapalenie tarczycy (co oznacza na chłopski rozum, że tarczyca sama siebie zwalcza i wkrótce w ogóle jej nie będzie). Zaczęłam szukać informacji w literaturze fachowej i Internecie. Z każdym kolejnym przeczytanym artykułem mój strach i niepokój wzrastał. Dotychczasowe (w moim odczuciu) nic nie znaczące zdarzenia w końcu zaczynały układać się w jedną – przejebaną i smutną całość.

Nadwaga? Taka twoja uroda

 

Pamiętam, że nigdy nie byłam szczypiorem. Zawsze miałam okrągłą buzię, brzuszek i mimo niejedzenia wiele, niezdrowo i sportu nigdy nie byłam super szczupła. Trener mawiał, że taka moja uroda. Po skończonym okresie dojrzewania, kiedy desperacko próbowałam schudnąć, w konsekwencji wylądowałam na diecie 1200 kalorii! Jadłam tyle co kot napłakał, mdlałam, miałam halucynacje, codziennie ćwiczyłam i to dużo (mata, bieganie, siłownia), a mimo to spadek wagi był ledwo odnotowywany.  Po kilku miesiącach „głodówki” i przestraszeniu się własnych omdleń postanowiłam wrócić do poprzedniego zdrowego i racjonalnego odżywiania. Z perspektywy czasu wiem, że nadprogramowe kilogramy to nie moja uroda, lenistwo czy obżarstwo, tylko w dużej mierze chora tarczyca.

 

„Łazarska, ty gnido”, czyli wspomnienia z maty

 

Po kilku latach treningów, ciężkiej harówy zaczęłam w końcu coś tam wygrywać, jak to mówił trener nauczyłam się w końcu „chodzić” po macie. Judo było dla mnie wszystkim. Z ręką na sercu przyznaję, że kilka ładnych lat życia podporządkowałam całkowicie sportowi: łącznie ze stylem życia, dietą, kwestiami towarzyskimi, a nawet rodziną i edukacją. Treningi przynosiły rezultaty, wygrałam dwa lata z rzędu Mistrzostwa Polski i byłam pełna nadziei na, że sukces an arenie międzynarodowej jest tylko kwestią czasu. W pewnym momencie (ni z gruszki ni z pietruszki) zaczęłam wtapiać wszystkie możliwe zawody. Mimo regularnych treningów, przygotowań z kadrą, mimo badań w COMSIE (Centralny Ośrodek Medycyny Sportowej) mimo świetnych wyników w testach, jak jeden mąż przegrywałam wszystkie zawody jak leciało: z leszczami, amatorami i utytułowanymi zawodniczkami. Trenerka stwierdziła, że się zakochałam, trener krzyczał, że sodówa uderzyła mi do głowy i się rozleniwiłam. A ja każdego dnia ryczałam w poduszkę i nie rozumiałam, co się ze mną dzieje…

Wycie z bólu, kołatanie serca i głos z tyłu głowy

 

W dalszym razie trenowałam, ale zaczęły mi doskwierać różne psychiczne i fizyczne dolegliwości. W nocy potrafiłam budzić się i wyć z bólu (żadne środki przeciwbólowe, nawet zastrzyki nie pomagały) tak mocno bolały mnie stawy – głównie łokcie i kolana. Byłam ciągle zmęczona, mimo wyrobionej kondycji jednego dnia nie dałam rady wjechać 150 metrów na rowerze pod górkę, a drugie dnia potrafiłam przebiec 10 kilometrów bez zadyszki… Byłam skołowana i nie miałam pojęcia, gdzie szukać pomocy. Psychicznie wymiękłam, zaczęłam wierzyć w zapewnienia trenera, że się opierdalam na treningach (co z perspektywy czasu oceniam jako jego „metodę” na jeszcze większą mobilizację mnie do katorżniczej pracy). Do tego wszystkiego byłam na zmianę cholernie smutna lub podenerwowana. Pojawiły się kołatania serca i lęki. Lęk, że umrę, lęk, że się nie obudzę, lęk że na coś choruję. Powoli zaczynałam sądzić, że tracę zmysły.

 

Śmierć mamy – depresja level hard

Bardzo krótko po zdiagnozowaniu u mnie Hashimoto, zmarła moja mama. Właśnie w tym momencie posypało mi się totalnie zdrowie. Fizycznie byłam wrakiem, niektórzy sądzili, że przytyłam i się zapuściłam ze względu na koniec kariery sportowej, co oczywiście było totalną bzdurą.  Matę zamieniłam na bieganie, siłownię, fitness i Zumbę. Po prostu byłam zajebiście spuchnięta – ustawienie hormonów dopiero się zaczynało i wyglądałam tak jakbym zaraz miała pęknąć, dosłownie. Psychicznie sięgnęłam dna. Brak mamy, przeprowadzka do obcego miasta, totalna zmiana życia skutkowała depresją. Lęki się nasiliły, nie pojawiały się tylko wieczorem jak przedtem, teraz słyszałam cały czas drugi głos w głowie mówiący: ” i tak umrzesz”. Przez rok pracowałam w domu, zmuszałam się jak robot do suchego redagowania artykułów naukowych – dzięki temu kilka godzin dziennie wyłączało mi się myślenie. Przed narzeczonym udawałam, że wszystko okej, ale tak naprawdę tuż przed jego przyjściem z pracy brałam prysznic i przebierałam się z piżamy. Wyjście z domu do sklepu po pieczywo napawało mnie strachem i było ponad moje siły. Samodzielna podróż autobusem do centrum handlowego przewyższała moje możliwości.

W poszukiwaniu siebie

 

Zmiana endokrynologa na tego ze stolicy zaczęła skutkować nieco lepszym samopoczuciem. Czułam, że powoli zaczęłam wracać do świata żywych. Pierwsza ciąża wyregulowała mi wspaniale hormony, jeszcze nigdy nie czułam się tak dobrze. Trzy miesiące po narodzinach Zuzi odważyłam się zawalczyć nie tylko o swoją sylwetkę, ale również o zdrowie. Postawiłam na dietę bezglutenową, która okazała się strzałem w dziesiątkę. Waga leciała w dół, skończył się problem z rozdrażnieniem, wzdęciem i zaparciami. Jednak nic w przygodzie nie ginie i tym razem zaczęły mi doskwierać inne dolegliwości: poleciały zęby, nie goiły się rany, wypadały włosy, przesuszyła skóra, ale tak makabrycznie, że nic nie pomagało.

Zabawa w kotka i myszkę

 

Endokrynolog odsyłał mnie do dermatologa. Dermatolog do endokrynologa. W końcu edno polecił mi internistę, a internista psychiatrę, bo to objawy „psychosomatyczne”. Jednym słowem znów lekarze mieli mnie w dupie. Zaszłam w drugą ciążę i chwilowo „problemy” ustały. Obecnie karmię piersią i jest „stabilnie”. Przymierzam się do wielkiego, stałego powrotu do diety bezglutenowej. Jestem świadoma, że muszę suplementować się  witaminą D, być może dojdzie do tego Selen i Jod, ale wszystko na własną rękę. Drugi endokrynolog, trzeci i każdy kolejny, których poznałam na przestrzeni tych pięciu lat leczyli mnie tylko na podstawie wyniku TSH, wypisując receptę na Euthyrox, który zawiera laktozę i przy Hashimoto nie powinien być stosowany.

 

Wkurwiłam się

 

Dzisiaj wyprowadził mnie z równowagi artykuł w Wysokich Obcasach na temat hashimotek, a właściwie odpowiedź „specjalisty” na list czytelniczki żyjącej z chorobą. Porady motywacyjne przy chorobie, która niszczy cię każdego dnia są w moim odczuciu farsą. Mówienie o poszukaniu lepszego specjalisty, zamiast narzekać? Wydają się utopijną wizją niemożliwą do zrealizowania w krótkim czasie (szukasz lekarzy, testujesz ich niestety na własnej skórze). W Polsce w  dalszym razie moją chorobę leczy się receptą. Nie rozmawia się o tym jak pacjent się czuje, nie słucha się jego uwag na temat „nowych” objawów choroby, lekceważy nastroje i wysyła do psychiatry. Hashimotki nie są wrednymi sukami, nie złoszczą się specjalnie, nie zapominają celowo, nie zawieszają się i milczą bo chcą, tylko nie są w stanie się normalnie wysłowić,  to wszystko pojawia się znienacka. Mojej choroby na pierwszy rzut oka nie widać (póki co jeszcze nie dorobiłam się wytrzeszczu charakterystycznego dla choroby). Boli mnie to, że każda osoba z tą chorobą błądzi po omacku nie mając wsparcia w lekarzu, który spojrzał by hashimoto całościowo.

 

Masz hashimoto – zwolnij

 

Jeśli chorujesz na autoimmunologiczne zapalenie tarczycy przede wszystkim zwolnij. Stres jest katalizatorem, który rozwija twoją chorobę i cię wyniszcza. Zacznij odpoczywać, serio. Nie unikaj słońca, korzystaj z kąpieli słonecznych na maksa, a poza sezonem przyjmuj witaminę D, która złagodzi niektóre objawy (te bolesne) choroby. Spójrz na siebie i na hashimoto jako na spójną całość, teraz musisz nauczyć się żyć na nowo. Regularny tryb życia, sen, dieta, umiarkowana aktywność fizyczna oraz nastawienie na to, że wszystko jest tylko w twoich rękach. Przygotuj się na siedzenie ze słownikiem i tłumaczenie kolejnych artykułów naukowych z zachodu. Zaakceptuj fakt, że twoje odżywianie jest kluczowe dla choroby i samopoczucia. Nie wykluczaj pomocy psychologa lub psychiatry. Oswój się z myślą, że być może będziesz potrzebował pomocy z zakresu medycyny niekonwencjonalnej. I jeszcze jedno – uzbrój się w cierpliwość, bo znalezienie dobrego endokrynologa, który będzie cię leczył „całościowo” może trochę potrwać. Mi jeszcze się nie udało, dlatego jeśli możesz polecić mi sprawdzone lekarza, daj znać. Grafika pożyczona z Papilot.

 

annachomiak

******

Podejrzewam, iż wielu ludzi męczy się przez nudę.

Jedni wiedzą dobrze o swojej chorobie, inni nudzą się bezmyślnie.

– Tadeusz Konwicki

 

 

By | 2016-11-16T22:11:23+00:00 Listopad 16th, 2016|Categories: LIFESTYLE|Tags: , , , , |64 komentarze

About the Author:

Pisanie dla mniej jest czymś tak naturalnym jak oddychanie. Nie boję się rozmawiać o trudnych tematach, dlatego często z premedytacją wkładam przysłowiowy kij w mrowisko. Na co dzień jestem niepoprawną romantyczką szukającą inspiracji we wszystkim, co mnie otacza. Oznacza to, że idąc ze mną na spacer będziesz zmuszony kilkakrotnie się zatrzymywać, gdyż zwrócę uwagę na najmniejszy detal, drobiazg, rzecz którą ty każdego dnia mijasz obojętnie. Prywatnie jestem spełnioną żoną, nieco zwariowana mamą i miłośniczka kotów (szczęśliwa posiadaczką pary Hektora i Hery imiona zostały nadane z miłości do antyku). Gości przyjmuję z otwartymi ramionami i pełną lodówką. Musisz wiedzieć, że moja sportowa przeszłość (13 lat uprawiania judo) ukształtowało mój charakter dzięki czemu mimo rozbrykanej duszy twardo stąpam po ziemi.