Diagnoza: Hashimoto, czytaj [masz przejebane]

//Diagnoza: Hashimoto, czytaj [masz przejebane]

Jestem zła, wściekła, czuję że zaraz wybuchnę. Właściwie to nawet nie to, po prostu jestem na maksa wkurwiona. Wiem, że bluzgi nie każdemu leżą, dlatego postaram się opanować. Coraz częściej dojrzewam do tego, aby zacząć szerzej poruszać temat mojej choroby – niepełnosprawność, której nie widać. Hashimoto, czyli coś co rujnuje ci życie. Najpierw powoli sypie ci się ciało, potem pada psycha, żeby na końcu spoglądając w lustro nie poznać własnego oblicza. Świetnie, co?

Żyję w kraju, w którym wszyscy chcą mnie zrobić w chuja

 

A najbardziej już NFZ i lekarze z którymi muszę się konsultować. Endokrynolog, to ktoś kto nie leczy – tylko wypisuje recepty. Nie wnika w twoje samopoczucie, lęki, problemy ze skórą, zaparcia, trudno gojące się rany, wypadające włosy, sypiące zęby. Szczerze mówiąc, przeciętny endo ma to w dupie, ma ciebie w dupie i twoje dolegliwości. Bo jak można nazwać lekarza, który „leczy cię” na podstawie wskaźnika TSH (jednego z kilku hormonów wpływających na pracę tarczycy) nie wnikając w cokolwiek innego?

 

 

hashimoto

Mój pierwszy endokrynolog

 

Była kobietą, jeszcze jak mieszkałam w Białymstoku. Trafiłam do niej w 2012 roku, po tym jak lekarz rodzinny zlecił mi serię badań. Do lekarza pierwszego kontaktu zgłosiłam się z puchnącymi nogami – żadne leki moczopędne nie dawały rezultatu, wyeliminowanie soli z diety i aktywny tryb życia. Jedyne co wyszło z długiej listy zleconych badań źle, to wskaźnik TSH, który był delikatnie ponad normą. U pani endokrynolog zlecono mi dodatkowe badanie innych przytarczycowych hormonów oraz zaproponowano usg tarczycy. Po około tygodniu wróciłam ponownie do gabinetu z wynikami badań. Tam moja pani doktor z uśmiechem na twarzy powiedziała mi: diagnoza Hashimoto. Szczerze mówiąc nie rozumiałam jej entuzjazmu i pogody ducha. Miałam dwadzieścia trzy lata, na koncie żadnych chorób, za sobą sportową przeszłość i po prostu byłam przerażona.

 

Szukanie czegoś na własną rękę

 

Moja pierwsza endo nie była zbyt wylewna na temat opisu mojego schorzenia. Dowiedziałam się, że mam autoimmunologiczne zapalenie tarczycy (co oznacza na chłopski rozum, że tarczyca sama siebie zwalcza i wkrótce w ogóle jej nie będzie). Zaczęłam szukać informacji w literaturze fachowej i Internecie. Z każdym kolejnym przeczytanym artykułem mój strach i niepokój wzrastał. Dotychczasowe (w moim odczuciu) nic nie znaczące zdarzenia w końcu zaczynały układać się w jedną – przejebaną i smutną całość.

Nadwaga? Taka twoja uroda

 

Pamiętam, że nigdy nie byłam szczypiorem. Zawsze miałam okrągłą buzię, brzuszek i mimo niejedzenia wiele, niezdrowo i sportu nigdy nie byłam super szczupła. Trener mawiał, że taka moja uroda. Po skończonym okresie dojrzewania, kiedy desperacko próbowałam schudnąć, w konsekwencji wylądowałam na diecie 1200 kalorii! Jadłam tyle co kot napłakał, mdlałam, miałam halucynacje, codziennie ćwiczyłam i to dużo (mata, bieganie, siłownia), a mimo to spadek wagi był ledwo odnotowywany.  Po kilku miesiącach „głodówki” i przestraszeniu się własnych omdleń postanowiłam wrócić do poprzedniego zdrowego i racjonalnego odżywiania. Z perspektywy czasu wiem, że nadprogramowe kilogramy to nie moja uroda, lenistwo czy obżarstwo, tylko w dużej mierze chora tarczyca.

 

„Łazarska, ty gnido”, czyli wspomnienia z maty

 

Po kilku latach treningów, ciężkiej harówy zaczęłam w końcu coś tam wygrywać, jak to mówił trener nauczyłam się w końcu „chodzić” po macie. Judo było dla mnie wszystkim. Z ręką na sercu przyznaję, że kilka ładnych lat życia podporządkowałam całkowicie sportowi: łącznie ze stylem życia, dietą, kwestiami towarzyskimi, a nawet rodziną i edukacją. Treningi przynosiły rezultaty, wygrałam dwa lata z rzędu Mistrzostwa Polski i byłam pełna nadziei na, że sukces an arenie międzynarodowej jest tylko kwestią czasu. W pewnym momencie (ni z gruszki ni z pietruszki) zaczęłam wtapiać wszystkie możliwe zawody. Mimo regularnych treningów, przygotowań z kadrą, mimo badań w COMSIE (Centralny Ośrodek Medycyny Sportowej) mimo świetnych wyników w testach, jak jeden mąż przegrywałam wszystkie zawody jak leciało: z leszczami, amatorami i utytułowanymi zawodniczkami. Trenerka stwierdziła, że się zakochałam, trener krzyczał, że sodówa uderzyła mi do głowy i się rozleniwiłam. A ja każdego dnia ryczałam w poduszkę i nie rozumiałam, co się ze mną dzieje…

Wycie z bólu, kołatanie serca i głos z tyłu głowy

 

W dalszym razie trenowałam, ale zaczęły mi doskwierać różne psychiczne i fizyczne dolegliwości. W nocy potrafiłam budzić się i wyć z bólu (żadne środki przeciwbólowe, nawet zastrzyki nie pomagały) tak mocno bolały mnie stawy – głównie łokcie i kolana. Byłam ciągle zmęczona, mimo wyrobionej kondycji jednego dnia nie dałam rady wjechać 150 metrów na rowerze pod górkę, a drugie dnia potrafiłam przebiec 10 kilometrów bez zadyszki… Byłam skołowana i nie miałam pojęcia, gdzie szukać pomocy. Psychicznie wymiękłam, zaczęłam wierzyć w zapewnienia trenera, że się opierdalam na treningach (co z perspektywy czasu oceniam jako jego „metodę” na jeszcze większą mobilizację mnie do katorżniczej pracy). Do tego wszystkiego byłam na zmianę cholernie smutna lub podenerwowana. Pojawiły się kołatania serca i lęki. Lęk, że umrę, lęk, że się nie obudzę, lęk że na coś choruję. Powoli zaczynałam sądzić, że tracę zmysły.

 

Śmierć mamy – depresja level hard

Bardzo krótko po zdiagnozowaniu u mnie Hashimoto, zmarła moja mama. Właśnie w tym momencie posypało mi się totalnie zdrowie. Fizycznie byłam wrakiem, niektórzy sądzili, że przytyłam i się zapuściłam ze względu na koniec kariery sportowej, co oczywiście było totalną bzdurą.  Matę zamieniłam na bieganie, siłownię, fitness i Zumbę. Po prostu byłam zajebiście spuchnięta – ustawienie hormonów dopiero się zaczynało i wyglądałam tak jakbym zaraz miała pęknąć, dosłownie. Psychicznie sięgnęłam dna. Brak mamy, przeprowadzka do obcego miasta, totalna zmiana życia skutkowała depresją. Lęki się nasiliły, nie pojawiały się tylko wieczorem jak przedtem, teraz słyszałam cały czas drugi głos w głowie mówiący: ” i tak umrzesz”. Przez rok pracowałam w domu, zmuszałam się jak robot do suchego redagowania artykułów naukowych – dzięki temu kilka godzin dziennie wyłączało mi się myślenie. Przed narzeczonym udawałam, że wszystko okej, ale tak naprawdę tuż przed jego przyjściem z pracy brałam prysznic i przebierałam się z piżamy. Wyjście z domu do sklepu po pieczywo napawało mnie strachem i było ponad moje siły. Samodzielna podróż autobusem do centrum handlowego przewyższała moje możliwości.

W poszukiwaniu siebie

 

Zmiana endokrynologa na tego ze stolicy zaczęła skutkować nieco lepszym samopoczuciem. Czułam, że powoli zaczęłam wracać do świata żywych. Pierwsza ciąża wyregulowała mi wspaniale hormony, jeszcze nigdy nie czułam się tak dobrze. Trzy miesiące po narodzinach Zuzi odważyłam się zawalczyć nie tylko o swoją sylwetkę, ale również o zdrowie. Postawiłam na dietę bezglutenową, która okazała się strzałem w dziesiątkę. Waga leciała w dół, skończył się problem z rozdrażnieniem, wzdęciem i zaparciami. Jednak nic w przygodzie nie ginie i tym razem zaczęły mi doskwierać inne dolegliwości: poleciały zęby, nie goiły się rany, wypadały włosy, przesuszyła skóra, ale tak makabrycznie, że nic nie pomagało.

Zabawa w kotka i myszkę

 

Endokrynolog odsyłał mnie do dermatologa. Dermatolog do endokrynologa. W końcu edno polecił mi internistę, a internista psychiatrę, bo to objawy „psychosomatyczne”. Jednym słowem znów lekarze mieli mnie w dupie. Zaszłam w drugą ciążę i chwilowo „problemy” ustały. Obecnie karmię piersią i jest „stabilnie”. Przymierzam się do wielkiego, stałego powrotu do diety bezglutenowej. Jestem świadoma, że muszę suplementować się  witaminą D, być może dojdzie do tego Selen i Jod, ale wszystko na własną rękę. Drugi endokrynolog, trzeci i każdy kolejny, których poznałam na przestrzeni tych pięciu lat leczyli mnie tylko na podstawie wyniku TSH, wypisując receptę na Euthyrox, który zawiera laktozę i przy Hashimoto nie powinien być stosowany.

 

Wkurwiłam się

 

Dzisiaj wyprowadził mnie z równowagi artykuł w Wysokich Obcasach na temat hashimotek, a właściwie odpowiedź „specjalisty” na list czytelniczki żyjącej z chorobą. Porady motywacyjne przy chorobie, która niszczy cię każdego dnia są w moim odczuciu farsą. Mówienie o poszukaniu lepszego specjalisty, zamiast narzekać? Wydają się utopijną wizją niemożliwą do zrealizowania w krótkim czasie (szukasz lekarzy, testujesz ich niestety na własnej skórze). W Polsce w  dalszym razie moją chorobę leczy się receptą. Nie rozmawia się o tym jak pacjent się czuje, nie słucha się jego uwag na temat „nowych” objawów choroby, lekceważy nastroje i wysyła do psychiatry. Hashimotki nie są wrednymi sukami, nie złoszczą się specjalnie, nie zapominają celowo, nie zawieszają się i milczą bo chcą, tylko nie są w stanie się normalnie wysłowić,  to wszystko pojawia się znienacka. Mojej choroby na pierwszy rzut oka nie widać (póki co jeszcze nie dorobiłam się wytrzeszczu charakterystycznego dla choroby). Boli mnie to, że każda osoba z tą chorobą błądzi po omacku nie mając wsparcia w lekarzu, który spojrzał by hashimoto całościowo.

 

Masz hashimoto – zwolnij

 

Jeśli chorujesz na autoimmunologiczne zapalenie tarczycy przede wszystkim zwolnij. Stres jest katalizatorem, który rozwija twoją chorobę i cię wyniszcza. Zacznij odpoczywać, serio. Nie unikaj słońca, korzystaj z kąpieli słonecznych na maksa, a poza sezonem przyjmuj witaminę D, która złagodzi niektóre objawy (te bolesne) choroby. Spójrz na siebie i na hashimoto jako na spójną całość, teraz musisz nauczyć się żyć na nowo. Regularny tryb życia, sen, dieta, umiarkowana aktywność fizyczna oraz nastawienie na to, że wszystko jest tylko w twoich rękach. Przygotuj się na siedzenie ze słownikiem i tłumaczenie kolejnych artykułów naukowych z zachodu. Zaakceptuj fakt, że twoje odżywianie jest kluczowe dla choroby i samopoczucia. Nie wykluczaj pomocy psychologa lub psychiatry. Oswój się z myślą, że być może będziesz potrzebował pomocy z zakresu medycyny niekonwencjonalnej. I jeszcze jedno – uzbrój się w cierpliwość, bo znalezienie dobrego endokrynologa, który będzie cię leczył „całościowo” może trochę potrwać. Mi jeszcze się nie udało, dlatego jeśli możesz polecić mi sprawdzone lekarza, daj znać. Grafika pożyczona z Papilot.

 

annachomiak

******

Podejrzewam, iż wielu ludzi męczy się przez nudę.

Jedni wiedzą dobrze o swojej chorobie, inni nudzą się bezmyślnie.

– Tadeusz Konwicki

 

 

By | 2016-11-16T22:11:23+00:00 Listopad 16th, 2016|Categories: LIFESTYLE|Tags: , , , , |56 komentarzy

About the Author:

Pisanie dla mniej jest czymś tak naturalnym jak oddychanie. Nie boję się rozmawiać o trudnych tematach, dlatego często z premedytacją wkładam przysłowiowy kij w mrowisko. Na co dzień jestem niepoprawną romantyczką szukającą inspiracji we wszystkim, co mnie otacza. Oznacza to, że idąc ze mną na spacer będziesz zmuszony kilkakrotnie się zatrzymywać, gdyż zwrócę uwagę na najmniejszy detal, drobiazg, rzecz którą ty każdego dnia mijasz obojętnie. Prywatnie jestem spełnioną żoną, nieco zwariowana mamą i miłośniczka kotów (szczęśliwa posiadaczką pary Hektora i Hery imiona zostały nadane z miłości do antyku). Gości przyjmuję z otwartymi ramionami i pełną lodówką. Musisz wiedzieć, że moja sportowa przeszłość (13 lat uprawiania judo) ukształtowało mój charakter dzięki czemu mimo rozbrykanej duszy twardo stąpam po ziemi.  
  • Ciężko się czytało ten wpis;/ Ale podziwiam Cię, że mimo choroby ze wszystkim tak świetnie sobie radzisz! Co do kompetencji (a raczej jej braku) niektórych lekarzy, to też się z tym spotkałam. Kiedy odwiedziłam gastrologa i opowiedziałam mu o swoich problemach z jelitami od razu (bez badania!) stwierdził, że to z pewnością jelito nadwrażliwe i że mam zmienić dietę na taką o ograniczonej zawartości błonnika. I tyle. Z uśmiechem na twarzy i jakby od niechcenia wydał na mnie wyrok choroby, która wydaje mi się jedną z gorszych pod względem normalnego funkcjonowania w codziennym życiu. Poczytałam na ten temat wystraszona i dowiedziałam się, że pacjentów cierpiących na tę dolegliwość należy traktować z większą troską, bo mogą psychicznie tego nie wytrzymać, a lekarz na którego trafiłam? Lekkoduch jak się patrzy! Na szczęście okazało się, że wcale nie jestem chora, mam tylko problem z florą bakteryjną, który da się naprawić i tyle. Ale co się strachu najadłam to moje. No i co to za lekarz, który słabszą psychicznie osobę mógłby taką diagnozą doprowadzić do naprawdę poważnych konswekwencji?;/

    • Dziękuję Daria za podzielenie się swoimi równie trudnymi doświadczeniami. Całe szczęście, że udało się ciebie zdiagnozować i nie okazało się takie złe jak sama mówisz. Jednak empatia tego lekarza? Załamka, sama już nie wiem jak walczyć z mentalnością naszych lekarzy. Jak sądzisz warto takie gagatka ustawiać do pionu? Czy po prostu wyjść i więcej nie wracać?

  • Niestety u nas z lekarzami jest ciężko. Sama chciałabym znaleźć lekarza, który by mi pomógł ale nie wiem, do którego specjalisty się udać. Kto i gdzie powinien mnie skierować… Jeśli sam nie wiesz to nikt Ci nie pomoże..

  • Niestety, znaleźć lekarza, który naprawdę się zaangażuje i pomoże właściwymi sposobami to jest CUD. Ale okazuje się, że przyczyna tkwi bardziej w naszym systemie,który bardzo utrudnia pracę lekarzom, stosy dokumentacji i papierologii zniechęcają do rzetelnego rozpoznania, ze wszystkiego trzeba się tłumaczyć i rozliczać.
    Oczywiście, ktoś na górze ustala zasady, a pacjenci są najbardziej poszkodowani.
    Aniu bardzo Ci współczuję, jednak wierzę, że znajdziesz w końcu dobrego specjalistę. Poza tym każda życiowa przeszkoda czyni Ciebie jeszcze silniejszą. Będzie dobrze! Musi być!

    • Dorka dziękuję za dobre słowo, tak naprawdę napisałam to bo lubię mówić wprost jak jest bez obwijania w bawełnę.na pewno masz rację z tą całą biurokracją jednak i mentalność, nasza polska nie pozostaje tutaj bez znaczenia. Lekarz powinien być dla pacjenta wsparciem, bazą wiedzy i pomocą a nie zwala odpowiedzialność na innych. Masz jakieś doświadczenia z lekarzami?

      • Oj tak, ciągle szukam odpowiednich specjalistów z ważnych dla mnie dziedzin… Okulistkę mam, dentystkę mam, ale ciągle borykam się z problemem znalezienia dobrego ginekologa. Obecnie testuję jedną doktorkę z polecenia, zobaczymy jak się sprawdzi. Całe szczęście dla mnie nie mam (jak na razie) poważniejszych problemów ze zdrowiem… Ostatnio bardzo często dochodzę do wniosku, że jestem szczęściarą, tyle krzywdy wokół ;/

        • Wiesz Dorcia żyjemy w czasach, w których pośpiech, stres i zanieczyszczenie środowiska marnuje nam zdrowie, ale z drugiej strony rozwój medycyny je ratuje. Jeśli chodzi o ginekolog, nawet na NFZ to polecam ci dr Suchecką, do której sama chodziłam, a z kolei ona również prowadziła 2 ciąże mojej przyjaciółki. Przyjmuje w przychodni na Antoniukowskiej jakby coś, co prawda na pierwszy rzut oka wydaje się gruboskórna, ale to ciepła babeczka i świetny specjalista 🙂 Oby cię pielgrzymki lekarzowe omijały jak najdłużej :*

  • Silver Silver

    lekarze, lekarze można książki przygodowe o nich pisać. Nie zazdroszczę, moja przyjaciółka na to cierpi

    • Taka choroba, najgorzej że kiepsko zdiagnozowana, mało odkryta i u każdego daje inne objawy..

  • Skąd ja to znam… Też jestem taką rozkapryszoną hashimotką. 😛 Lekarze nie leczą przyczyny, ani nawet nie próbują jej znaleźć. U mnie hashi wyszło 14 lat temu podczas wizyty u homeopatki i chociaż jako takiego leczenia homeopatycznego nie przyjmowałam, to pamiętam tę wizytę i zlecenie wykonania badań. Wcześniej leczono mnie na serce i neurologicznie, bo byłam dziwnie nadpobudliwa i rozdrażniona. 😛 Dieta bezlaktozowa i bezglutenowa oraz odpowiedni tryb życia to podstawa przy chorobie Hashimoto, mogą wyciszyć chorobę. A stres to niestety nasz najgorszy wróg…

    • OOOO to dlatego u ciebie tyle zdrowych przepisów na blogu <3 witaj w klubie, chodź wolałabym, żeby połączyło nas coś innego, choćby blogowanie. Z jakiego miasta piszesz ?:)

  • Przykro mi, ale miałam podobne problemy ze znalezieniem poważnego specjalisty od kontuzji z kolanem.

    • Niestety znam i to z doświadczenia, w czasie kariery sportowej też szukałam długo specjalisty od kontuzji.

  • Miałam podobną historię do Twojej, tylko „leczyłam” PCOS- chorobę uznaną przez współczesną medycynę za nieuleczalną. Lekarze mieli mi do zaproponowania jedynie hormony, które jeszcze bardziej szkodziły mojemu organizmowi- jak zresztą wszystkie syntetyczne chemikalia wypisywane na receptę. Żadnego z nich nie obchodziła moja dieta, ani styl życia. Dopiero kiedy wzięłam sprawy w swoje ręce, zmieniłam całe swoje życie (przy okazji zdobywając dużą wiedzę i otwierając oczy na wiele spraw, za co dziś jestem niezmiernie wdzięczna) zaczęłam zdrowieć!
    Nie oszukujmy się, współczesna medycyna akademicka ma dziś niewiele wspólnego z prawdziwym zdrowiem. Studenci medycyny uczeni są jakie „leki” wypisywać na daną przypadłość czy w jakie reakcje wchodzą z innymi lekami, a dietetyki mają kilka godzin w ciągu tylu lat studiów! Dlatego leczą objawowo, nie szukając przyczyny choroby. Przykra prawda jest taka, że kiedyś farmacja była na usługach medycyny, a dziś medycyna jest na usługach farmacji. Liczy się tylko dochód koncernów farmaceutycznych, nie zdrowie pacjenta. Tylko świadomość, duża wiedza i wzięcie zdrowia we własne ręce może naprawdę pomóc odzyskać zdrowie. Nie tylko maskować objawy, przy okazji wyniszczając inne organy. Pozdrawiam Cię Aniu i życzę zdrowia!

    • Dziękuję Kochana za podzielenie się własną historią. Tak jak mówisz przede wszystkim trzeba szukać na własną rękę i działać samemu. Zdaje sobie sprawę, że przy „naszych” chorobach styl życia gra pierwsze skrzypce. Niesamowite jest to, że dzisiejsza medycyna stoi właśnie w rozkroku między ideą leczenia,a biznesem farmaceutycznym. Jesteś na jakiejs szczególnej diecie?

  • Ania- Ty się absolutnie nie bierz za bezglutenową bez stwierdzonej celiki bo to prawdopodobnie również spowodowało zniszczenia z niedoborów. Wiem, że to modne ale niepotrzebnie stosowane może tylko zaszkodzić. Zrób badania na celiakię a potem działaj.
    Jesteś strasznie dzielna i w życiu nie powiedziałabym że chorujesz na cokolwiek.
    ps.Moja mama i siostra mają hashimoto i zespół politeistycznych ( nie jestem pewna czy tak się to nazywa) jajników także przejebane po całości.

  • Aaa, no chyba tak, miałam wrażenie że dużo rzeczy się posypało po tej diecie właśnie dodatkowo. Jak było lepiej i tym jest leczone hashimoto to idz tą drogą, ale obiecaj że będziesz na siebie uważać i skonsultujesz z jakąś mądrą głową 🙂

  • znaleźć dobrego lekarza jest bardzo ciężko…u mnie to nawet rodzinny nadaje się do wywalenia. Życzę zdrowia!

    • Dziękuję bardzo 🙂 To niestety przykra prawda, ale zdrowie jest najważniejsze 🙂

    • zgadzam się, dobry lekarza ze świecą szukać, same konowały jakieś teraz są :/

      • Nie wiem z czego to wynika, może papierologia i biurokracja odciąga lekarza od pacjenta?

  • Lekarze – temat rzeka. Ja szukam neurologa, dermatologa, okulisty na szczęście mam dobra rehabilitantkę.
    Kurde Ania silna babka z Ciebie 🙂 <3

    • Rene muszę być silna bo kocham życie, ale ty to jesteś arcymocna 🙂

  • Patrycja Czubak

    Zmartwiłaś mnie tym wpisem, u mnie też wykryto zaburzenia tarczycowe chociaż jeszcze nie wiadomo jakie jest ich podłożę. Na razie czuję się lepiej, leki działają. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie jednak w dobrą stronę.

    • Nie martw się na zapas, hashi jest taki mendowaty do ogarnięcia, ale u ciebie może być to coś innego. Robiono ci usg tarczycy?

      • Patrycja Czubak

        Jeszcze nie dopiero w styczniu.

        • To trzymam kciuki za pozytywne wieści 🙂

          • Patrycja Czubak

            dziękuje 🙂

  • czytałam artykuły, że właśnie dużo można zdziałać dietą i aktywnością fizyczną.
    Niestety jest problem z dobrymi specjalistami :/

    • Wiesz dieta jak zawsze to podstawa podstaw, aktywność fizyczna w tym przypadku mniej -znaczy więcej 🙂

  • Jak masz diagnozę to już jest dobrze…bo zanim ją masz, to jest naprawdę źle 😉 Minimum 3 miesiące potrzeba na wyrównanie poziomu hormonów, a nawet do 6, więc faktycznie cierpliwość wskazana ;). I pamiętaj właściwy wskaźnik TSH to jest ten, przy którym się dobrze czujesz, a nie jakieś 4,5 z kosmosu! Wciąż nie mogę w to uwierzyć, że przy takiej skali zachorowań, w Polsce nadal obowiązują te normy! 🙁 Naprawdę da się wszystko bardzo dobrze ustabilizować i życie jest różowe jak przedtem 🙂

    • No wiesz każdy przypadek jest inny… ja od latach nie mam wyrównanych hormonów bo hashi szaleje. Szukam endo, i po prostu testuję na sobie suple, oraz dietę. A tak ogólnie gdyby nie moj optymizm to byłoby krucho… nie poddaje się. Ile czasu chorujesz?

  • Chyba coś u Ciebie nie gra z tą dietą bezglutenową, skoro się zaczyna sypać organizm, ale nie ważne. Wszystkiego trzeba spróbować. A z innej strony, mieć diagnozę jest już połową sukcesów. 3 lata leczenia niedoczynności tarczycy i dzięki lekom pogłębienie się objawów. Jak piszesz (u mnie 2 endokrynologów) tylko kazało brać leki. Tak na marginesie, Letrox nie ma laktozy. Po tym, co działo się ze mną, kiedy ostatnio brałam hormony na tarczycę… Moja samowolka, odstawiłam to. A najlepszym paradoksem jest to, że ja przytyłam dzięki hormonom i ćwiczeniom. Przestałam brać tamte hormony i czekam na kolejną wizytę, poznam kolejnego endokrynologa. Żałuję, że uwierzyłam, że hormony na niedoczynność pomogą. Nie wiem, kiedy organizm upora się ze skutkami ubocznymi.

    • Wiesz Jola bez glutenu dużo się fajnie rzeczy poprawiło, ale myślę że inne alergeny zaszkodziły. Okazało się, że na przykład niektóre orzechy i pomidory mi szkodzą. Obecnie chyba tylko kokos, migał i brazylijskie są ok. Też wiele rzeczy robię na własną rękę bo po prostu inaczej się nie da. A myślę o laktozie, ale na wszystko przyjdzie czas. Trzymam kciuki, żeby twoje leczenie również przyniosło skutki 🙂

  • Anka, współczuję, naprawdę nie ma nic gorszego jak trafić na mur niezrozumienia i obojętności – jak wspomniała Rene, lekarze to temat rzeka. Nie miałam nigdy poważnych problemów ze zdrowiem i bardzo bym chciała, by ten stan utrzymał się jak najdłuzej. Tobie życzę dużo siły!

    • Dziękuję Monia, pisze jak jest – nie żalę się, nie obwiajm w bawełnę tylko komentuję realia naszej służby zdrowia…

  • Bardzo Ci współczuję Ania… nie tylko samej choroby, ale tego wszystkiego co się z nią łączy i tego, że wołanie o pomoc takich jak Ty, pozostaje bez odpowiedzi, a właściwie dostaje odpowiedź w formie recepty…. słabo na maska! :/

    Dużo zdrowia dla Ciebie :*

    Ściskam!

    • Dzięki Joasiu, dobre zdrowie w cenie 🙂 nie poddaje się, ale czasem inni oceniają mnie, a zdają sobie sprawy, że ja na tym wszystkim po prostu nie panuję…

  • Anulka, dokładnie wiem, co czujesz. Przechodziłam podobne etapy. Walczę z Hashi od jakiś 5 lat. Mam wrażenie, że obecnie co druga kobieta cierpi na to schorzenie. Również przerobiłam kilku endokrynologów – konowałów. Miałam szczęście, ponieważ w końcu trafiłam na cudowna panią endokrynolog, która sama też cierpi na tę chorobę, także jest bardzo wyrozumiała i ma sporą wiedzę na ten temat. Polecam Ci świetną książkę amerykańskich endokrynologów „Jak żyć z Hashimoto”. Odpowiedziała mi na wiele pytań. Od kiedy dowiedziałam się o chorobie, to diametralnie zmieniłam swoje życie. Stwierdziłam, że zdrowie ma się tylko jedno i dlatego tak sobie wszystko poukładałam, żeby żyło mi się w miarę bezstresowo i komfortowo. Pamiętasz, ostatnio o tym pisałyśmy:). Staram się aż tak bardzo nie stresować ta chorobą. Bywają gorsze. Mam nadzieję, że jeśli będę o siebie dbać, to wszystko będzie OK. Jeśli chodzi o leki, to wiosną zmieniłam Euthyrox na bezlaktozowy Letrox, ale nie sprawdził się u mnie. Pomimo, że brałam duże dawki, to wyniki mi się pogorszyły. Z jakieś 2 tyg temu wróciłam na Euthyrox i czuję się lepiej. Ale jem też nabiał, głównie kozi, bo ma mniej laktozy i lepiej przyswajalna i chyba raczej mi nie szkodzi. Trzymaj się kochana. Może jakiś klub Hashimotek utworzymy?;) Nawet w blogosferze jest nas od groma.

    • O kurczę ciebie też hashi złamało? Jej, niby raźniej, ale nikomu nie życzę spotkania z tą chorobą. Odezwę się wkrótce na priv bo mam pewien pomysł na projekt z hashi i blogerkami. Buziaki moja ty gwiazdeczko radości 🙂

      • Aniu, teraz jak się nie ma Hashi, to nie jest się trendy;). Wychodzę z założenia, że jak na coś nie mam wpływu, to po prostu muszę to oswoić. To daj znać koniecznie, bardzo jestem ciekawa, co wymyśliłaś. Buziaki.

  • Czytając Twój wpis miałam wrażenie, że czytam o sobie…
    Ciągłe humory, tycie, pogarszający się wzrok, sucha skóra, wypadające włosy, problemy z zębami, ciągłe uczucia zimna, łatwe męczenie się, senność, plus inne choroby towarzyszące Hashimoto (endometrioza, PCO, insulinooporność, nietolerancje pokarmowe, niepłodność…).
    Mam bardzo osłabiony organizm i często choruję…
    Specjalista dobry to porażka. Nie ma.
    Prawie 7 lat choroby i niestety jest tylko gorzej…
    Nasze choroby niestety są zbywane przez lekarzy, a przez to prowadzą do kolejnych chorób i problemów…

    • Kurczę widzę, że jest ans coraz więcej 🙁 Bardzo ci współczuję i mogę powiedzieć tyle: wiem co czujesz. A czy robisz coś na własną rękę? Zmiana diety? Suplementy? Z jakiego miasta jesteś?

  • Polska służba zdrowia to temat rzeka, większy niż Amazonka!

    • Niestety, ale muszę się zgodzić… prywatnie też jest niewiele lepiej 😀

  • I bardzo dobrze że o tym piszesz. Ja z nazwą tej choroby i jej objawami zetknęłam się właśnie na jakimś blogu. Nie miałam pojęcia o jej istnieniu. Lekarze… tak, to teraz specjaliści od wpisywania recept i to najlepiej na leki zakontraktowane z jakimś przedstawicielem. I co się dziwić że ludzie szukają porad i sposobu na leczenie w internecie. A jakie mają wyjście? Kurcze, nawet skierowanie na badania ciężko wyżebrać.

    • Oj faktycznie w przypadku jakiegoś skierowania czy podstawowych nawet badań trzeba niezłą batalię z lekarzem stoczyć – bo on najczęściej nie widzi powodu, aby nas konkretnie przebadać i sprawdzić czy na pewno wszystko gra. Recepta na każdą okazję to standard 😀 Mnie przeraża fakt, że od 2017 roku mają zamiar rozładować kolejki u endo poprzez odsyłanie pacjentów do lekarza pierwszego kontaktu, który przecież też może wypisać receptę…

      • Kolejny dowód na to że liczy się recepta i żeby się sprzedawało.
        Nie daj się temu hashimoto. Kurcze, to nawet brzmi jak sztuka walki.

  • Pingback: Masz hashimoto? Ćwicz pamięć! Akademia Umysłu,()

  • Ja mam nowotwór tarczycy, w najbliższym czasie czeka mnie jej całkowite usunięcie i nie powiem boję się jak cholera :(.

    • Bardzo mi przykro Agata, ale mam też pozytywną historię dla ciebie. Moja przyjaciółka kilka lat temu miała nowotwór, ostrą chemię i wycięcie tarczycy. Dzis jest podwójną i szczęśliwą mamą. Pracuje, uprawia sport – głowa do góry :*