Czego (nie) czytać w sieci?

/, LIFESTYLE/Czego (nie) czytać w sieci?

 

Czego (nie) czytać w sieci, o to jest pytanie? Wielokrotnie zdarzało mi się, że po wertowaniu stron w Internecie miałam ochotę wyskoczyć przez zamknięte okno albo wystrzelić w kosmos autora bzdur, które przed chwilą przeczytałam. Blogi wyrastają z dnia na dzień jak grzyby po deszczu. Niektórym wydaje się, że każdy może pisać. Faktycznie może, ale czy na pewno potrafi? Nie będę tutaj krytykowała stylu czy też braków w interpunkcji – sama korzystam z pomocy korekty, jednak co, gdy osoba, która tworzy miejsce w sieci nie ma nic sensownego i ciekawego do przekazania?

Antyporadnik blogowy

 

Bycie blogerem ma swoje blaski i cienie. Do jasnej strony mocy niewątpliwie należą wszelkie miłe komentarze, nawiązywanie nowych znajomości, imprezy branżowe i te wszystkie korzyści wynikające z powstałej współpracy. Ale nie wolno zapominać, że blogowanie na serio to również codzienna, ciężka orka – bo jak inaczej nazwać wielogodzinne „dłubanie” przy blogu? U mnie roboczo sprawdza się pojęcie „pańszczyzna”, bo każdego dnia niczym chłop, który orze pole, wyruszam na podbój blogosfery, czyli odwiedzam setki stron. Wchodzę na inne blogi, czytam, komentuję i niejednokrotnie mam ochotę krzyczeć z poczucia beznadziei. Bo jak można dawać ludziom taką chałę, jawnie i bez wstydu?

 

 

 

Parentingowa sieczka

 

Blogi poświęcone dzieciom, ich wychowaniu, dorastaniu są prawie jak sekta. Ich liczba w sieci powiększa się tak szybko, że ciężko nadążyć. Jest to najłatwiejsza forma nawiązania współpracy barterowej na zasadzie: producent mi pieluszki, a ja mu słodzę jaki on cudny. Firma daje mi kocyk, a ja wychwalam pod niebiosa jaki on jest mięciutki. Tutaj nie liczą się twoje zdolności posługiwania się piórem i klawiaturą. Nie jest ważne, czy masz coś nowatorskiego i sensownego do przekazania – najważniejsze to mieć potomstwo lub się go rychle spodziewać. Matki blogerki szturmem zdobyły polską blogosferę, ale niestety poza tym, że robią dużo szumu o oczywiste oczywistości, to nic dobrego z tego nie wynika. Prezentowane tematy są wałkowane w kółko, na pulpicie dzieci, tak jakby nic innego w życiu rodzica nie miało już miejsca. A jeśli do tego dodać ekshibicjonistów, którzy się chwalą zdjęciami latorośli na każdym kroku, to po odwiedzeniu kilku takich miejsc masz już pewność, że autorkom bloga pieluszkowe zapalenie mózgu opanowało nie tylko głowę, ale i resztę ciała…

Motywacyjny nonsens

 

Strony, na których próbuje przekonać się ludzi do zmian, zmotywować, namówić na rewolucję, to, zaraz po parentingowych blogach, drugie najbardziej popularne i denerwujące miejsca w sieci. Dlaczego? Po pierwsze może dlatego, że rady w stylu „jak być szczęśliwym” są tak banalne i infantylne, że ma się wrażenie, iż cała redakcja „Bravo Girl” kryje się za kulisami powstawania ich artykułów. Po drugie, nie ma co liczyć na nowatorskość. Najczęściej są to wpisy bardzo skąpe w treści, z wielkim cytatem umieszczonym na bezkształtnej i nieestetycznej grafice, która kaleczy nasze oczy. Autorzy takich blogów pewnie myślą, że jak się rzuci oklepanym sloganem o sukcesie, metamorfozie i motywacji, to w życiu czytelnika, ot tak z dnia na dzień, pojawi się ogromna rewolucja. Motywacyjny bełkot ma tyle wspólnego z realnymi wskazówkami, co zrobić, by w naszym życiu naprawdę coś się zmieniło, co co sezonowe obietnice polityków, którzy nie doczekali się następnej kadencji. Gdyby jeszcze jakiś twórca takiego bloga po wskazaniu złotej myśli rozwinął temat, wyjaśnił, poparł jakimiś dowodami czy też doświadczeniami z życia, dałoby się to przetrawić, ale w obecnej formie takie teksty powodują u mnie mentalną niestrawność i zniechęcenie.

Pseudopodróżnicze

 

Specjalnie użyłam tutaj sformułowania pseudopodróżnicze, bo wielu osobom wydaje się, że prowadzenie bloga o zwiedzaniu świata to bułka z masłem. Nic bardziej mylnego. To, co uderza na takich stronach, to przede wszystkim brak profesjonalizmu i marna jakość. Nie oszukujmy się, ale czytelnik zaglądający na blogi podróżnicze szuka głównie: dobrych zdjęć, by nacieszyć oko, przydatnych wskazówek sprawdzonych na skórze autora i ciekawych anegdot, opisów miejsc wartych zwiedzenia. A ludziom nadal się wydaje, że każdy może być sobie Martyną Wojciechowską podróżniczej blogosfery. Niestety, ale nie może, bo gdy wpadasz na bloga, a tam opis miejsca skopiowany z Wikipedii, relacja nudna jak flaki z olejem, a zdjęcia robione aparatem z telefonu z epoki kamienia łupanego, to litości – kto ma ochotę to czytać albo chociaż oglądać?

Kulinarny akcent

 

Naprawdę nie wiem dlaczego, ale w naszym kraju ludziom wydaje się, że są równie zabawni jak Robert Makłowicz, pełni pasji jak Pascal Brodnicki czy po prostu sympatyczni jak Karol Okrasa. Pełni nadziei zaczynają swój spektakl i na nieszczęście czytelników postanawiają dzielić się swoją wielką pasją – gotowaniem na blogu. Dlaczego to się nie sprawdza? Może dlatego, że tak naprawdę nie potrafią gotować, gotują słabo, nudno i bez polotu, naśladują innych lub nie potrafią podać przepisu w odpowiedniej formie. I przez to blogi kulinarne to kalki samych siebie. Oczywiście jest w sieci kilka perełek, ale zanim człowiek do nich dotrze – schudnie ze zgryzoty, nerwów i głodu.

Kulturalne „ą-ę”

 

Jako kulturomaniaczka namiętnie śledzę blogi związane ze sztuką, literaturą i dziedzinami pokrewnymi. Niestety mam jedno wielkie zastrzeżenie: poziom blogów o tej tematyce prezentuje bardzo niski poziom. O ile na blogu lifestylowym liczy się pomysł, misja na to jak „sprzedać siebie”, o tyle na blogi poświęcone kulturze zaglądają najczęściej pasjonaci chcący poszerzyć swoje horyzonty. Nie znoszę, kiedy o sztuce mówi się z zadęciem, o literaturze ze zbędną egzaltacją, a recenzje pisze się wierszem. Już jakiś czas temu Ludwig Wittgenstein wspominał o tym, że o tym, o czym nie da mówić się prosto, należy milczeć. Blogi kulturalne, które stwarzają dystans między autorem a czytelnikiem, popełniają kolosalny błąd i zniechęcają zwykłego zjadacza chleba do obcowania z kulturą na co dzień. Twórcy takich miejsc w sieci powinni zastanowić się, czy ich język jest wiarygodny, recenzje wnoszą coś nowego, a sprawozdania wydarzeń, w których uczestniczyli, są rzetelne. W innym przypadku prowadzenie bloga o kulturze mija się z jego podstawowym założeniem, bo samo słowo cultura z greki oznacza „uprawiać, dbać i rozwijać” – podobnie powinno być z takimi blogami.

Ekonomiczny szał

 

Najmniej przyjemnym doznaniem estetycznym jest odwiedzanie blogów o tematyce finansowej – konkretnie o oszczędzaniu. Gdy widzę wycięte tabelki z Excela wklejone w skromnej jakości tekst, to aż cała drżę. Wiem, że dwa, góra trzy blogi z tej dziedziny odniosły naprawdę duży sukces – nie ujmę im tego, ale to, co jest pewnym standardem w tej specjalizacji, mocno mnie zasmuca. Przede wszystkim: powielanie treści z innych blogów. Pisanie artykułów na podstawie informacji z serwisów finansowych lub podręczników o oszczędzaniu wychodzi naprawdę słabo. Są to blogi głównie nastawione na zyski – wiadomo, fortuna kołem się toczy, ale czy na pewno o to chodzi? By zainteresować czytelnika – laika z dziedziny nauk ścisłych, nogę z matematyki – finansami należy to czynić z finezją, lekkością i zainteresowaniem. Mówiąc wprost: pisać o kasie może każdy, ale żeby mieć z tego zysk naprawdę trzeba mieć w sobie to „coś”, czego na dany moment na blogach ekonomicznych nie dostrzegam.

Brutalne podsumowanie

 

Oszczędziłam tutaj pewne typy blogów, które z racji ich poziomu powinnam czule określić „blogaskami”. Mam na myśli większość stron prowadzonych przez nastolatki na darmowych serwisach internetowych. To, co razi na pierwszy rzut oka to: błędy ortograficzne, tragiczna stylistyka, brak jakiejkolwiek treści i niestety jakość wykonania również bardzo, ale to bardzo kiepska. Tego typu strony charakteryzują się zwrotami typu: „kom za kom”, „obs za obs”, co w mowie potocznej oznacza komentowanie i obserwowanie na zasadzie wzajemności. Nastolatki blogujące zaśmiecają swoimi marnymi „stylizacjami” i wątpliwymi „przemyśleniami” Internet – próbując w ten sposób zwrócić na siebie uwagę. Czyżby krzyk rozpaczy?

Nie polecam

 

Blogerom wybacza się wiele: błędy językowe, niepoprawność polityczną, agresywny marketing.  Ale czy można im wybaczyć brak misji i czegokolwiek do przekazania? Jaki sens ma prowadzenie strony, która nie odzwierciedla ani jednego przemyślenia? Czy kopiowanie innych lub marna próba naśladownictwa wielkich jest nam potrzebna? Czy polski Internet potrzebuje kolejnych Kasi Tusk, Perfekcyjnych Pani Domu i Michałów Szafrańskich? Nie sądzę, nawet Kominek przeistoczył się w Jasona Hunta. Dlatego proszę cię: nie trać czasu na czytanie bezpłciowych, niedopracowanych i bezbarwnych blogów – czasem po prostu lepiej sięgnąć po książkę sprawdzonego autora. Sprawdź koniecznie, więcej moich tekstów na Magnifier, gdzie regularnie walę prawdą między oczy. A ty czego (nie) czytasz w sieci?

******

„Biednych nie stać na sukcesy ani na błędy.”

  •  Aldona Różanek

 

About the Author:

Pisanie dla mniej jest czymś tak naturalnym jak oddychanie. Nie boję się rozmawiać o trudnych tematach, dlatego często z premedytacją wkładam przysłowiowy kij w mrowisko. Na co dzień jestem niepoprawną romantyczką szukającą inspiracji we wszystkim, co mnie otacza. Oznacza to, że idąc ze mną na spacer będziesz zmuszony kilkakrotnie się zatrzymywać, gdyż zwrócę uwagę na najmniejszy detal, drobiazg, rzecz którą ty każdego dnia mijasz obojętnie. Prywatnie jestem spełnioną żoną, nieco zwariowana mamą i miłośniczka kotów (szczęśliwa posiadaczką pary Hektora i Hery imiona zostały nadane z miłości do antyku). Gości przyjmuję z otwartymi ramionami i pełną lodówką. Musisz wiedzieć, że moja sportowa przeszłość (13 lat uprawiania judo) ukształtowało mój charakter dzięki czemu mimo rozbrykanej duszy twardo stąpam po ziemi.