7 rzeczy, których nauczyłam się od Mamy

//7 rzeczy, których nauczyłam się od Mamy

Czas pędzi nieubłaganie. Od czterech lat nie mam już mojej mamy. Dziś wypada kolejna rocznica jej śmieci. Co prawda w tym okresie nie mam żadnych depresyjnych chwil, załamania, czy też spadku nastroju – po prostu robię sobie podsumowanie tego co ją ominęło w ostatnim czasie. Dokładnie rok temu pisałam o tym jak śmierć bliskiej osoby może być nowym początkiem waszego życia. Wspomniany tekst dedykuję wszystkim, którzy nie mają siły podnieść się po śmierci kogoś ukochanego. Dziś tradycyjnie już nie będzie żadnych smutnych rozważań, za to chcę z wami podzielić się moimi pozytywnymi wspomnieniami z mamą w roli głównej.

Czego nauczyłam się od Mamy?

Przede wszystkim tego, żeby kochać życie, przyjmować je takie jest, niedoskonałe w swojej doskonałości. By być tu i teraz, nie odkładać marzeń na jutro, a tak po za tym lubić siebie i dbać o rodzinę. Można powiedzieć, że moje pozytywne nastawianie do świata i wewnętrzna siła to spadek po mamie, nie tylko geny ale również różne cechy charakterologiczne jak widać mogą być dziedziczne. Poniżej prezentuje mój subiektywny ranking 7 rzeczy, które nauczyłam się od własnej matki. Dziś, jako matka, jeszcze mocniej doceniam to czego mnie nauczyła.

1. Bądź sobą

To może wydać się banalne, ale przypomnij sobie ile razy próbowałeś zadowolić innych kosztem siebie? Milion razy? No właśnie. A dlaczego, a po co, z jakiego powodu? Różne są rozterki. Niektórzy chcą komuś imponować, coś uzyskać, czy po prostu być akceptowanym. Moja mama wbijała mi do głowy od małego, że nie warto naginać siebie, swoje zasady i światopogląd dla innych. Dziś jako dorosła kobieta stwierdzam, że to jedna z najważniejszych rzeczy, które dotrzymałam od rodzicielki. Wiarę i siłę w to, że mimo różnić jestem wartościowa, jakaś i dla mnie też znajdzie się miejsce na tym padole.

2. Jesteś piękna

Jako nastolatka nie znosiłam maminych komentarzy w stylu: „Ania, ty jesteś gruba? A widziałaś tą babę?!”. Albo: „małe piersi, mały problem”. Wartościowanie ujemne, czyli pocieszanie zakompleksionej małolaty wskazując, że inni mają gorzej. To bardzo polskie, ale dziś wiem, że mama chciała dobrze. Tak naprawdę nigdy nie bagatelizowała moich rozterek urodowych i zawsze starała się przekonać mnie, że jestem ładna. Taki niby pierdół, ale każda dziewczyna wie, że szalenie istotny. Czasem metody mamy to było: rozsądne argumentowanie na zasadzie wymiany tego co we mnie piękne (to co kiepskie przemilczamy), innym razem porównywanie (że przecież są brzydsze osoby, a są szczęśliwe), a niekiedy po prostu zajadałyśmy smutki kremówką…

3. Nigdy się nie poddawaj

Zaryczana, zasmarkana smarkula, która przez kilka pierwszych lat treningów judo wtapiała wszystkie możliwe zawody. To o mnie. Ja byłam taką beznadziejną, kupą nieszczęścia. Nie ważne było czy przeciwniczka była wyższa, niższa, lżejsza, cięższa, starsza, młodsza – wszystkie mną łomotały na macie równo. Ile ja się w życiu napadałam, na przegrywałam na zawodach… Nigdy nie usłyszałam od mamy: zostaw to, po co ci to, może poszukaj czegoś innego? Nigdy, rozumiecie? Zawsze powtarzała to samo: następnym razem się uda. I w końcu po kilku latach się udało. Zaczęło być standardem, że wygrywam, a jednak miała rację.

4. Dobro wraca

To chyba była główne motto mojej Mamy. Jak mantrę powtarzała: „dobro wraca, karma wraca.” I chyba musi coś w tym być, bo mimo wszystkich przeciwności losu, mimo skopanego, roztłuczonego tyłka nadal w to wierzę.  Z uporem maniaka daję od siebie tyle ile jestem w stanie dać innym. Nie kalkuluję, nie oczekuję zadośćuczynienia. Jestem. Warto starać się być najlepszą wersją siebie, dla siebie. Wtedy wszystko inne jakoś się układa samo.

5. Dbaj o znajomych

Często zastanawiałam się nad tym, jak niefortunnie potoczyły się losy mojej matki. Osoba oczytana, kreatywna i towarzyska utknęła w morzu rodzinnych problemów i trosk. Mimo całego syfu, w którym tkwiła od lat (długi, alkoholizm męża, problemy dzieci) zawsze powtarzała mi, żebym nie zaniedbywała kontaktów z innymi ludźmi. To, że dla niej rodzina była najważniejsza rozumie się samo przez się, ale jednak ten nacisk na to, żebym ja nie popełniła jej błędu i nie została kiedyś sama. Po prawie dwóch latach macierzyństwa stwierdzam, że zostanie rodzicem w sposób naturalny weryfikuje znajomości. I nie chodzi tu o to, że tylko dzieciaci zrozumieją dzieciatych, „mężate mężatych” itd. Gdyby tak było świat byłby okropnie nudny. Jednak okazuje się, że pewne życiowe zmiany potrafią przygnieść „niektórych przyjaciół”, dlatego im serdecznie dziękujemy i robimy miejsce dla innych, normalnych ludzi.

6. Korzystaj z życia

Jedz, pij, tańcz, baw się i zwiedzaj świat. Moja mama była pierwszą osobą na świecie, która mnie zachęcała i popychała do odkrywania wszystkich uroków życia. Nie wiem jak jej się to udało, ale mimo tego, że nigdy nie miałam jakiś ostrych wytycznych, czy też zaleceń co mogę, a czego nie udało mi się przejść dosyć bezboleśnie przez tzw. okres buntu. Narkotyki nigdy mnie nie interesowały. Alkohol się pojawił dosyć późno, po maturze. Seks jeszcze później… A gdy pierwszy raz wróciłam do domu w stanie „nieważkości” nie dostałam od mamy opierdolu. Nic z tych rzeczy. Był barszczyk z buraczków i krokiety z kapustą kiszoną na kaca. Nie skrytykowała tego, że weszłam do domu i rozebrałam się  w przedpokoju jak Bruce Wszechmogący –  w ułamku sekundy spadły ze mnie wszystkie ubrania, łącznie z bielizną. To, że przytuliłam pół nocy muszlę klozetową nie zostało wyśmiane, czy też skrytykowane. Mama trzymała mi włosy i robiła zimne okłady, taka była.

7. Czytaj, cokolwiek ale czytaj

Miłość do książek to również jej zasługa. Zwykła mawiać do nas w domu: czytajcie, cokolwiek, komiksy, romanse, ale czytajcie. Była totalnym molem książkowym i dzięki temu ja też jestem dziś książkoholiczką. Zawdzięczam jej poznanie całej klasyki literatury pięknej. Nauczenie się, że najpierw czyta się książkę, a dopiero potem ogląda ekranizację. I do dziś pamiętam jak dostałam na moje złamane nastoletnia serce „Wichrowe wzgórza”. Mama pozwoliła mi koją nieudaną „miłość” odchorować w domu, leżąc w łóżku i czytając romansidła. Wolne od szkoły postawiło mnie na nogi, a losy Heathcliffa są do dziś moimi ulubionymi na czas przeziębienia, czy innego choróbska.

Tęsknie…

Chyba każda matka dla swojego dziecka,a  szczególnie już córki pragnie prawdziwej, odwzajemnionej miłości. Najbardziej na świecie żałuję, że nie dotrwała do momentu kiedy założyliśmy z Pawłem rodzinę. Czasem mam taką nieodpartą chęć zadzwonić do niej i zaprosić ją do nas na obiad. Tak po prostu. Chciałabym, żeby mogła zobaczyć jak fajnie się urządziliśmy, jak radzimy sobie i po prostu się kochamy. Bez lukru, cukru i innych pierdoletów. Chciałabym, żeby zobaczyła, że mimo wszystko mi się udało. Że mam rodzinę, o której ona zawsze marzyła. Że mam córkę, której ona zawsze pragnęła. Że miałaby wnuczkę (a nawet dwie), których się nie doczekała. W końcu, że mam męża który: pomaga, nie pije, nie bije, dba o mnie i jest wspaniałym ojcem. Tego najmocniej mi brakuje, że nie mogę się z nią podzielić moim szczęściem.

Ulotne chwile

Czasem miewam takie sny, w których zapominam o tym, że ona nie żyje. Dzwonie do niej, rozmawiamy ze sobą. W końcu mama wpada na weekend w odwiedziny. Nie robimy nic szczególnego, ale obiecuje jej zrobić naleśniki ze szpinakiem i fetą (nie wiem dlaczego, ale twierdzi, że ja robię najlepsze na świecie). Pół dnia oglądamy głupie seriale o wampirach, bawimy się z Zuzią. Wieczorem otwieramy butelkę wina, a może dwie i sobie gadamy. Gadamy o tym co dobre, nie wspominamy kiepskich rzeczy. Podjadamy wszystkie niezdrowe przekąski: różne rodzaje sera, winogrona, dużo winogron i obowiązkowo bagietki z czosnkiem. Następnego dnia nie mamy sprecyzowanych planów. Ot, po prostu pójdziemy na spacer, powłóczymy się razem po osiedlowych szmateksach, zjemy coś na mieście i odprowadzę ją na pociąg. O takim dniu, góra dwóch nieustannie marzę. To już cztery lata, mamo.

********

„Bardzo mnie zawsze boli, gdy umiera utalentowany człowiek,

świat bowiem bardziej ludzi takich potrzebuje niż niebo.”

  •  Georg Christoph Lichtenberg

 

About the Author:

Pisanie dla mniej jest czymś tak naturalnym jak oddychanie. Nie boję się rozmawiać o trudnych tematach, dlatego często z premedytacją wkładam przysłowiowy kij w mrowisko. Na co dzień jestem niepoprawną romantyczką szukającą inspiracji we wszystkim, co mnie otacza. Oznacza to, że idąc ze mną na spacer będziesz zmuszony kilkakrotnie się zatrzymywać, gdyż zwrócę uwagę na najmniejszy detal, drobiazg, rzecz którą ty każdego dnia mijasz obojętnie. Prywatnie jestem spełnioną żoną, nieco zwariowana mamą i miłośniczka kotów (szczęśliwa posiadaczką pary Hektora i Hery imiona zostały nadane z miłości do antyku). Gości przyjmuję z otwartymi ramionami i pełną lodówką. Musisz wiedzieć, że moja sportowa przeszłość (13 lat uprawiania judo) ukształtowało mój charakter dzięki czemu mimo rozbrykanej duszy twardo stąpam po ziemi.